![]() |
Po co światu
humaniści.
To nie jest pytanie, tylko temat
wykładu, na którym byłam w grudniu.
Wrócił teraz do mnie, kiedy
usiadłam do czytania-po raz trzeci- Pana Tadeusza i cicho deklamując sobie
inwokację przygotowywałam sobie kolorowe karteczki do zaznaczania stron, ołówek
do podkreślania, notowania, i rysowania karykatur na marginesach oraz wstążkę
do przewiązania rozsypującej się książki (i przywiązania do niej ołówka).
Co dało mi pójście na profil
humanistyczny? Czy naprawdę jedynym wyjście dla ludzi po humanie jest praca w
bibliotece albo McDonaldzie? Czy jesteśmy z naszym wykształceniem aż tak
niepotrzebni światu? Jaki sens ma moja nauka i moja pasja? Czy różnię się czymś
od ludzi z innych profilów?
Gdybym to ja wiedziała...
Mimo wszystko, spróbuję jakoś
przeanalizować sprawę i wyciągnąć wnioski.
Tak, to jest pierwsza rzecz, której
nauczyła mnie humana:
#1
wszystko da się przeanalizować, zinterpretować i wyciągnąć wnioski. Nigdy nie mów, że czegoś nie
rozumiesz, bo wszystko da się zrozumieć. Nawet Bogurodzicę i poemat dygresyjny
(zapewne na pewnym poziomie też kolację, własne spodnie, zachowanie swojego psa
i życie mrówek. Chyba tylko ludzka głupota jest poza zasięgiem).
Od razu wpada mi do głowy
#2
cokolwiek robisz, rób to z tezą
(hipotezą), argumentami i zakończeniem.
Całkiem przydatne w życiu prawdy,
ale tego samego nauczę się na biol-chemie.
Los, czy raczej mój charakter,
sprawił że przebywam głównie w towarzystwie ścisłowców. Prowadząc ciągle ich
obserwację stwierdzam, że:
-mają oni mnóstwo nauki i
sprawdzianów, oraz w odróżnieniu ode mnie muszą uczyć się na każdą kartkówkę,
-w większości uważają humanistów
za jednostki niższe albo za ludzi, którzy nie mają do niczego zdolności i nie
wiedzą, co zrobić ze swoim życiem,
-nudzą się niemiłosiernie na
polskim,
-często lubią czytać, mają dużą
wiedzę w tej dziedzinie i potrafią tak samo dobrze przeanalizować dany problem
powołując się na lektury, tylko że robią to w sposób mniej techniczny, niż ja,
-jednak jeżeli chodzi o książki,
niespecjalnie starają się poszerzać swoje horyzonty i czytają to, co lubią,
-czasami uważają humanistów za
istoty obdarzone dziwnymi umiejętnościami (np. nie zasypianiem na polskim i
historii) i twierdzą, że sami by tak nie potrafili-ale to wyjątki.
Konkluzja ogólna- w oczach ścisłowców
raczej rzadko dostrzegamy szacunek do naszego profilu. Raczej bardzo rzadko.
Szczególnie u tych, którzy sami czytają i maja szerokie horyzonty. Tak samo jak
rzadko uznają nas za przydatnych społeczeństwu.
(Mała
uwaga- do badań wykorzystałam znajomych ze szkoły, czyli ścisłowców o wysokim
poziomie inteligencji jak i kultury osobistej, więc badania mogą nie odnosić
się do psychiki ścisłowców na niższym poziomie).
A my sami o sobie?
Na owych wykładach kobieta
prowadząca je uzasadniała nasz byt potrzebą równowagi we wszechświecie. „Niech
każdy zajmuje się tym, co kocha”.
Albo wyobraźcie sobie świat w
przyszłości, świat jak z książek SF- technologia na niewyobrażalnie wysokim
poziomie, wszystko skomputeryzowane, roboty, które wykonują większość pracy za
ludzi, którzy w tym czasie dążą do kolejnych, jeszcze genialniejszych odkryć i
wynalazków. W tym świecie humaniści ukazują się nam jako istoty walczące o
istnienie Człowieka wśród technologii. Przypominają o jego podstawowych,
naturalnych prawach, nie pozwalają, aby z rasy mającej rozum i uczucia,
zmienili się w idealne roboty. Może upraszczam, ale w gruncie rzeczy chodzi mi
o obronę w nas pierwiastka ludzkiego. Tylko że do tego nie trzeba wiedzieć, co
to eksklamacja. I znów widzimy tu
bezsensowność mojej nauki.
Moja klasa. Nie znalazłam z nimi
wspólnego języka. Są fajnymi, dobrymi ludźmi, od nikogo z nich nie
doświadczyłam niczego złego. Ale mnie po prostu
n u d z ą.
Na lekcjach języka polskiego aktywnych jest kilka osób- w tym
oczywiście ja. Moja polonistka, osoba o naprawdę interesującym charakterze,
(pozwólcie, że będę nazywać ja Wampirzycą,
bo ostatnio tak mi się skojarzyło...) bardzo lubi prowadzić lekcje na
zasadzie dyskusji. Przedyskutowujemy każdy tekst, każdy wiersz, każde
twierdzenie- w czasie tych dyskusji Wampirzyca podaje nam nowe słowa i pojęcia, których od razu mamy
używać, aby zapamiętać. Bardzo rzadko zdarzają się lekcje dotyczące gramatyki,
stylistyki itp. Dla mnie to idealna
metoda prowadzenia lekcji, bo podchodzę do nich jak do w a l k i. Mam swoje opinie i swoje teorie,
mogę je wygłosić i bronić ich, i nie liczy się siła mojego charakteru ani siła
fizyczna, tylko moc moich argumentów. Przy okazji nauczyć się musiałam słuchać
innych, godzić się z tym, że inni mają swoje zdanie, też poprawne, albo że mają
po prostu rację.
#3
Na niektóre tematy może istnieć wiele poprawnych opinii i nie wolno nikogo
krytykować tylko dlatego, że myśli inaczej.
Staram się- wbrew obiegowej
opinii- nie lać wody, bo po prostu tego nie lubię. Czasami przydługie mówienie
o czymś jest konieczne, choćby po to, żeby coś podkreślić, żeby lepiej dotarło,
i najbardziej prymitywnie- żeby uciekał ci nadmiar czasu na maturze ustnej.
Lanie wody jest dopuszczalne. Ale powtarzanie twierdzenia przedmówcy, tylko
zmieniając składnię, to już poważny błąd (i głupi. I wkurza inne humany)
#4
Mówi się za siebie, a nie powtarza po innych. Jeżeli masz być tylko echem, lepiej nie mów już
nic.
Dzięki tej zasadzie zdobywa się
szacunek w klasie pełnej humanistów.
Wracając do sedna sprawy- mi się
na polskim gęba nie zamyka. I widać to po moich ocenach. Ale większość klasy
siedzi cicho, gra na telefonach lub wyraźnie się nudzi.
Tu muszę zgodzić się ze
ścisłowcami- nie wszyscy idący na humana mają zacięcie polonistyczne.
Szczególnie w mojej klasie sporo jest językowców (profil lingwistyczny w
końcu), przyszłych prawników albo po prostu ludzi, którzy nie dostali się na
biol-chem albo nie czają matmy.
Dlatego niektóre „podgatunki” humanistów
będę w tym tekście pomijać.
Często na humana trafiają ludzie
którzy chcą być artystami.
Niektórzy piszą książki. Ale
chyba nie muszę wyjaśniać, że książki piszą też ścisłowcy, z równym
powodzeniem, co humany. Podobnie z wierszami. Wręcz powiedziałabym, że humana
ogranicza. Zabrania. Wbija ci do głowy schemat pisania reportażu, rozprawki
porównawczej, wywiadu, artykułu. Zmusza cię do zapamiętania cech różnych
stylów. Często tracisz tę swobodę pisania i wypowiedzi, gdy wbijesz sobie do
głowy, że od „I” nie zaczynamy zdania... (Chyba że od dziecka dużo czytasz i
już w podstawówce kłóciłeś się z polonistką, że najwięksi pisarze zaczynali od
„I”...).
#5
Wiedzę masz, żeby z niej korzystać, a nie po to, żeby cię ograniczała.
Czasami owi artyści to też
malarze, graficy... Ich przyciąga chyba mało nauki...
Tak, nie uczymy się dużo.
Przynajmniej u mnie w szkole. Historia- to jest coś, dużo dat i nazwisk (poza
tym mam okropną nauczycielkę, więc ścisłowcy zawsze mi histy współczują).
Czasami dostawałam od historii kopa w cztery litery, co nie zmienia faktu, że
jako córka historyków zawsze pałałam miłością do tego przedmiotu, i mam do
niego coś w rodzaju talentu- szósta z pracy pisemnej to tylko kwestia tego, czy
poświęcę na robotę dwa, czy cztery wieczory. Fakty same układają mi się w
głowie, a materiały czytane hobbistycznie pozwalają spojrzeć na Nelsona i
Jagiełłę trochę bardziej po ludzku...
Język polski też nie jest
wymagający. Ortografię opanowałam do klasy 3 podstawówki i od tego czasu się
jej nie uczyłam, nie znam większości zasad i wyjątków, jestem wzrokowcem
ortograficznym i błędy po prostu „brzydko mi wyglądają”. Moim najlepszym nauczycielem
składni były książki. Tak samo z dużym zasobem słownictwa i łatwością wyrażania
się.
Kłopotem zawsze będzie dla mnie
interpunkcja (mam nadzieję, że nie widać tego tak po moich tekstach...) oraz
akcenty. Rozmieszczenia akcentów uczę się śpiewając. Po prostu nie potrafię
ustalić tego ze słuchania zwykłej mowy. Moja wymyślona melodyjka do wersu
„Czemu cieniu odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz” zapamiętam do końca życia,
tyle razy to powtarzałam!
Poza tym polak to trochę
niezbędnej pamięciówki oraz umiejętność pisania tezy i argumentów na
20-minutowej przerwie. Można?
Można!
Reasumując- i w języku polskim, i
w historii posługuję się w dużej mierze wiedzą nabytą dawniej i talentem...
Czyli biol-chemy mają pełne prawo narzekać na nas, że nic się nie uczymy.
Widzę tu jednak jedna zaletę:
mogę swobodnie czytać non stop książki i tłumaczyć się mamie, że „to do
szkoły”, gdyż zasadniczo każda przeczytana przeze mnie książka to wspaniałe
źródło motywów literackich, odwołań, ciekawych postaci i ogólnie rzeczy, które
mogą uratować mi skórę na maturze. Moi
ideałem, do którego dążę, jest sytuacji, w której obudzona o 3 w nocy przez
zamaskowanego gościa z kałachem, bez problemu przywołam dla niego pięć książek
z literatury współczesnej w których ukazany był motyw Boga.(Oczywiście to
przykład. Może chodzić o inny motyw...)
Praca po humanie. Trudny temat,
szczególnie, kiedy nie opieramy się na dowcipach ścisłowców typu „balkon” (Czym
różni się balkon od humanisty- balkon utrzyma rodzinę) i „McDonald”.
Mieliśmy kiedyś w szkole wykład
prowadzony przez gościa po socjologii. Nie pamiętam, czego dotyczył wykład,
chyba globalizacji- ważne było to, że po nim podeszłam do gościa i zapytałam o
możliwości pracy po socjologii, bo sama byłam zainteresowana tym kierunkiem.
Mam po mamie zacięcie do obserwowania i analizowania zachować społeczeństwa.
Gościu bardzo pobieżnie
stwierdził, że socjologia uczy głównie samodzielnego myślenia, kombinowania,
radzenia sobie w różnych sytuacjach itd. Zakończył informacją, że np. jego
kumpel założył biuro podróży...
Podziękowałam i mu, i socjologii.
Do założenia biura podróży nie potrzebuję wyższych studiów. To tak, jakby
samobójca koniecznie musiał posiadać wykształcenie medyczne.
Niestety, sprawa z socjologią
odnosi się do wszystkich nauk humanistycznych- większość ludzi traktuje je po
prostu hobbistycznie. Fajnie sobie poczytać książki. Fajnie nauczyć się dobrze
gramatyki i ortografii. Ale najfajniej to być dobrze zarabiającym lekarzem
który po pracy czyta książki.
Do czego my możemy być przydatni?
Chyba tylko jako nauczyciele i redaktorzy. Względnie bibliotekarze, aczkolwiek
znam pewną bibliotekarkę, która z wykształcenia jest archeologiem, albo inna,
która jest anglicystką, albo uczy przyrody... Nawet moja mama swego czasu
pracowała w szkolnej bibliotece. Więc bibliotekarz to tak nie do końca.
Pracę nauczyciela często
humaniści traktują jak zsyłkę. Chciał
być naukowcem, a będzie łapał zaślinione dzieciaki z podstawówki biegające po
korytarzach...
Właśnie. Naukowcy. Profesorowie i
wykładowcy uniwersyteccy. Znawcy jednej dziedziny, prowadzący różne,
niezrozumiałe dla laika badania za granty oświatowe.
Dla mnie to coś pięknego. Serio.
Jest tyle tematów do badań, które
już teraz mnie fascynują. Szczególnie te związane z ludowymi bajdami,
wierzeniami, przesądami, kulturą, która wykształciła się jeszcze przed
przybyciem na nasze ziemie chrześcijaństwa.
Już w trzeciej gimnazjum mówiłam
mojej Najfajniejszej Polonistce, że chcę być naukowcem i pisać opracowania do
książek. Mam w domu dużo książek z Biblioteki Narodowej, z doskonałymi, bardzo
szczegółowymi i głębokimi opracowaniami- kto raz miał w ręku te niewielkie
książeczki z białymi okładkami i wzorem liści wie, że to zupełnie co innego niż
dzisiejsze opracowania do lektur (których nigdy nie czytam i uważam za
spoilerujące i gimbusiarskie). Owe opracowania wyznaczyły mi kierunek rozwoju
na długie lata, jak widzę dzisiaj.
Inną sprawą jest bycie
redaktorem. Czytałam skargi pewnego redaktora na to, że nikt nigdy nie wie,
czym się on właściwie zajmuje, służę więc wyjaśnieniem- to taki niewidoczny
gościu, który poprawia książki przed ich wydaniem. Bliżej spotkałam się z tym
zawodem poprzez książkę Ewy Białołęckiej „Wiedźma.com.pl” (którą swoją drogą wszystkim polecam), której
główna bohaterka była właśnie redaktorem.
Praca wymagająca dużej wiedzy i
talentu, na pewno, wielkiego oczytania... Tak, jeden z nielicznych zawodów w
którym naprawdę i praktycznie sprawdza się wiedza ze studiów polonistycznych.
Nad taką ścieżka kariery też się zastanawiam, bo zasadniczo, teksty poprawiam
już dzisiaj...
Myślę, że jest najlepszy moment,
by przejść do bardziej optymistyczne strony bycia na humanie. A skoro już o poprawianiu tekstów...
Nie mówię, że ścisłowcy to
wszystko istoty ograniczone jeżeli chodzi o słowo pisane. Ale czasami...
Najlepszym przykładem jest choćby
mój brat, uczęszczający do najlepszego liceum w Bydzi, nastawionego właśnie na
nauki ścisłe. Jest na mat-inf-fiz i, chociaż jest młodszy ode mnie, potrafi
programować, ogarnia matematykę i fizykę na poziomie, który mi się nigdy nawet
nie śnił. Mimo to, nie kto inny, a wasz Hipis, poprawiał mu rozprawkę na
polski, wściekając się przy tym i zgrzytając zębami, oraz pewnymi ruchami
zakreślając połowę tekstu na czerwono, by w końcu odesłać mu poprawiony plik i
osobiście odwiedzić go i ochrzanić za używanie sformułowania „Moim pierwszym
argumentem jest...”.
#6
Jeżeli masz powód, ochrzaniaj ludzi za ich błędy. Primo- nie wolno tak sobie
kaleczyć naszego ojczystego języka, secundo- czasami przydaje się uświadomić
społeczeństwu, że humaniści też mają jakieś wykształcenie.
Podobna sytuacja nastąpiła, gdy
poprawiałam bratu artykuł o tematyce politycznej. Na samej polityce się nie
znam, a na pewno nie tak dobrze, jak on, ale ja za to widzę, kiedy tekst jest
niespójny, źle sformułowany, kiedy jakiś błąd przeszkadza w czytaniu,
rozprasza, denerwuje. Każda taka wada wpływa na jego odbieranie przez ludzi,
tym samym też na odbieranie jego treści.
W moim umyśle dobrze napisany
tekst brzmi jak muzyka. Słowa same układają się jak idealnie dobrane dźwięki,
gdy jeden zabrzmi fałszywie, wali się cała melodia, a ja natychmiast to słyszę.
Czasami muszę zostawić zdanie w przykrej dla mnie (choć poprawnej) formie,
niestety, ale staram się tak nie robić. Przykładem jest ten tekst, który
pisałam wolno, ale za to w skupieniu, dzięki czemu brzmi w moim umyśle całkiem
zadawalająco.
Zauważyłam, że znajomi, którzy
coś piszą- wiersze, opowiadania, publicystykę- często zwracają się do mnie po
ocenę ich tekstu. Bo ja lubię to robić. I przeważnie nie nawalam (tak, wiem,
moja przyjaciółko, że miałam przeczytać to opowiadanie, naprawdę, ciągle to
robię...). Lubię pisać długo i szczegółowo, tak samo oceniam prace innych (poza
przecinkami, niestety, w tej kwestii wolę nie wprowadzać ludzi w błąd...).
Błędy... Tak, i niestety, mój
ukochany temat...
ORTOGRAFIA, GŁĄBY.
Mam ochotę napisać coś takiego
pod wieloma wypowiedziami znalezionymi w internecie...
Właśnie dzisiaj rano
bulwersowałam się, zobaczywszy na grupie dla rysowników na fb wpis dziewczyny,
która użyła słowa „stwożyłam”. Co najgorsze, potem tłumaczyła to dysortografią!
Jak żałosnym trzeba być... Nie, lepiej nie będę tego kończyć. Powiem tylko, że
opisując potem tę sytuację przyjaciółce, stwierdziłam „Pani Boże, nie daj mi
nigdy kałacha do ręki, bo powystrzelam pół internetu!”
Niestety. „Nie wiedziałem, że na
świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznałem internetu”-drogi Stanisław Lem
jak zwykle miał rację. Ale mimo wszystko, okropnie bulwersują mnie błędy. Które
spotykam na każdym kroku!
Wczoraj oglądałam, oczywiście
online, filmową wersję „Pingwinów z Madagaskaru”, z napisami. Napisy miały
rażące błędy ortograficzne i składniowe, często brakowało w danym wyrazie kilku
liter lub wyraz był nieodmieniony.
Przedwczoraj dla odmiany
kończyłam oglądać ostatnie odcinki anime „Hellsing”. Znowu jakiś geniusz od
napisów. Non stop pisał rozdzielnie wyrazy, które powinno pisać się razem.
Kurcze, a takie fajne anime.
Zresztą, sami doskonale wiecie,
że blogi to też wylęgarnia najdziwniejszych potworków składniowych, fleksyjnych
i innych... Szczególnie „na topie” jest właśnie rozdzielanie wyrazów pisanych
tak naprawdę razem, oraz osławione „wogule” które widziałam już nawet rysowane
pod postacią uroczych stworków (czyli woguli; w liczbie pojedynczej chyba brzmi
to: jeden wogul).
Moja mama zauważyła kiedyś błąd
ortograficzny w tytule filmu. Gorzko stwierdziła, że oto dorasta nam pokolenie
„dysortografii i dyskalkulii”, czyli ludzi, którzy święcie wierzą, że dzięki
swoim „dys-„ mogą być debilami i się nie uczyć.
Czytając wypowiedzi w internecie
zaczynam się z mamą zgadzać... I widzę w tym sporo pracy dla siebie i innych
humanistów. „Wynajmij sobie humanistę dla Twojej firmy! Idealna pomoc dla
Twoich informatyków z dysortografią! O wiele tańsze i szybsze rozwiązanie niż
cofanie całej kadry do podstawówki!”
Ojej, zaczynam robić się wredna.
Co dała mi humana (czyli za co ja
tak kocham...).
-Bardzo zmieniła mój sposób
wypowiadania się.
W gimnazjum nie mówiłam dosłownie
nic. Czytałam jakiś wiersz, podobał mi się, podświadomie wiedziałam, o czym on
jest, jaki problem porusza i dlaczego mi się tak podoba, ale gdy miałam o tym
opowiedzieć... Nagły napad jąkania się i pustka w głowie. Pisanie szło mi o
wiele lepiej, ale też często nie umiałam wyrazić czegoś, co czułam.
Tutaj przydały się owe schematy,
które opanowałam zaraz na początku nauki w liceum. Jasne wskazówki, o czym
mówić, od czego zaczynać, co zawrzeć we wstępie, jak konstruować rozwinięcie,
jaka powinna być teza itp. Większości tych rzeczy uczyłam się na własnych i
cudzych błędach, ale załapałam to bardzo szybko. Podobnie było ze swobodną
mową- wystarczyło się przełamać i zacząć mówić, co myślisz. Wampirzyca nigdy
nic nie krytykuje, póki wypowiedź ma choć odrobine sensu. No właśnie...
#7
Cokolwiek powiesz, staje się prawdą, gdy umiesz to uargumentować.
Najświętsza ze świętych praw
humany. Sprawdza się zawsze (a przynajmniej
póki twój przeciwnik nie ma w ręce jakiegoś ostrego narzędzia...).
W tym roku doszła do mojej klasy
nowa uczennica z biol-chemu. Nie powiem- osoba inteligentna i pojętna,
traktująca, jak mi się wydaje, humanistykę całkiem poważnie. Usiadła w ławce za
mną, więc chcąc nie chcąc często pracujemy razem w grupie.
Nowa jeszcze do teraz z lekka nie
ogarnia naszego sposobu pracy w grupie... Na przykład, dostajemy temat- opis
postaci Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Ja i moja przyjaciółka, Rey, wpadamy
w radosne uniesienie, bo kochany Wolanda. Szybko zaczynamy, wraz z trzecim
„starym” członkiem grupy, czyli moim kumplem basistą, rzucać hasła opisujące
Wolanda i kłócić się, czy on taki był, czy jednak nie. W międzyczasie Nowa z
wolna ogarnia, jaki był temat, pisze go w zeszycie, i pyta nas o te cechy.
Powtarzamy jej wszystko, co wymyśliliśmy, w formie bardzo mało poprawnej
składniowo i zaczynamy recenzować sobie film „Hobbit”. Nowa prosi o powtórzenie
owych cech, bo zapisała tylko pierwszą i zapomniała resztę. Ja, nieco wkurzona,
powtarzam wszystko jeszcze raz znowu zmieniając składnię... Rey i basista
gadają coś o Iluminatach, więc porzucam Nową, by dołączyć do rozmowy. Nowa nie
ogarnia już zupełnie.
To tylko przykład. Moja praca w
grupach to temat na niejeden skecz. Faktem jest, że nawet gdy wrzeszczymy na
siebie jak idioci i śmiejemy się non stop, Wampirzyca nie może się do nas
doczepić, bo wszystko mamy dobrze zrobione, i tak naprawdę to śmialiśmy się z
Mickiewicza, którego właśnie omawiamy...
Nowej brakuje wyrobionego
schematu pracy i schematu myślenia, który pozwala nam, starym humanom, poradzić
sobie w każdej sytuacji. No i niepotrzebnie notuje, skoro i tak wszystko ja
pamiętam albo mam zapisane...
Tutaj pojawia się kolejna
rzecz...
-Szybkość myślenia.
Przerażony human naprawdę myśli w
tempie błyskawicznym.
Kiedyś nad wszystkim musiałam się
zastanawiać. Rozważać, analizować... Teraz trafia mnie owe wolne myślenie tylko
w rozmowach ze znajomymi (niestety!). Na pewno nie na lekcji polaka!
Jak się tego nauczyłam? Otóż
przez tak zwana maturę ustną...
Wampirzyca wchodzi, rozdaje
kartki z tekstem i daje nam 15 minut na stworzenie sobie planu do
mini-rozprawki która będzie naszą wypowiedzią ustną w stylu maturalnym. Potem wybiera ofiarę, która musi odpowiadać
jak na prawdziwej maturze. Na ocenę.
Wyobraźcie sobie tę panikę za pierwszym
razem... Ale szybko zrozumiałam, że Wampirzyca oczekuje od nas nie
błyskotliwych idei, a po prostu dobrze
użytego schematu. Choćbyśmy nie zgadzali się w własną tezą, choćby była ona
dziecinna i oczywista, jeżeli dobrze ją uargumentujemy i nie popełnimy żadnego
błędy fleksyjnego ani innego, oraz będziemy się trzymać poprawnej konstrukcji
wypowiedzi, mamy duże szanse na zdanie. Najlepiej świadczy za tym fakt, że z
takiej ustnej matury dostałam szóstkę. Teraz tylko pilnuję się, żeby nie popaść
w szkodliwe przekonanie, że matura ustna to rzecz banalna.
Podobnie sprawa ma się z
rozprawkami. Umiejętność szybkiego czytania i kojarzenia tekstów, w których
występował podobny wątek. Zapisku na marginesie. Argumenty, wstęp i
zakończenie, które do niej nawiązuje. Biografia autora dzieła. Przyprószyć
analizą środków poetyckich i powstrzymywać się przed robieniem błędów i
poradzisz sobie. Schemat i szybkość myślenia...
-Pewność siebie.
Nie muszę już chyba o tym
wspominać. Musiałam nauczyć się wierzyć w swoja tezę, wierzyć w swoje
przekonania i bronić ich jak lwica, ale przy okazji nie być zamkniętą na zdanie
innych.
Szkoda, że i w tym przypadku nie
przekłada się to na życie towarzyskie i osobiste...
-Inne podejście do książek.
I tutaj wchodzi na scenę wspomniany
na początku „Pan Tadeusz”.
Nigdy wcześniej nie czytałam
książek z przygotowanym pod ręką ołówkiem i karteczkami do zaznaczania. Teraz
czytam tak nawet lektury hobbistyczne (te trudniejsze, np. Tatarkiewicza o
filozofii, oczywiście). Podchodzę do tekstów w dwojaki sposób- z nastawieniem
do pracy (mega skupienie, zaznaczenia ołówkiem, tworzenie portretów
psychologicznych bohaterów, stawianie sobie pytań, określanie użytych przez
autora motywów i toposów itp.) oraz z nastawieniem na rozrywkę (spokojnie, swobodnie,
bez ołówka...). Ale nawet przy tej drugiej opcji nie umiem powstrzymać się od
analizowania. Szczególnie, jeżeli chodzi o charakterystycznych bohaterów albo
różne motywy- w końcu, jeżeli będę wpadnę kiedyś np. na motyw nieszczęśliwej
miłości, najłatwiej będzie mi posłużyć się romansami dla nastolatek, a gdy
dopadnie mnie temat o zagładzie Ziemi, wysupłam z pamięci całe znane mi
Uniwersum Metro 2033...
O tym, w jaki sposób podeszłam do
danej książki, najłatwiej przekonać się po tym, co pisałam na jej temat na
lubimyczytac.pl. Im dłuższa i staranniej napisana recenzja, tym bardziej
„naukowy” sposób czytania.
-Chandra na żądanie.
Czyli ogólnie przeżywanie tego,
co czytam.
Gdy zaczynam interpretować jakiś
tekst wpadam do zupełnie innego świata. Zapewne nie tylko ja tak mam, ale u mnie zbiegło się to z pójściem na
humana. Teraz, czytając nawet tekst, który mnie nie interesuje, wzruszam się
nim, zaczynam pojmować uczucia autora, staram się dobrze zrozumieć czas, w
którym on żył.
Niestety, żadna siła nie jest w
stanie powstrzymać mnie przed płakaniem przy Trenach i wzruszaniem się przy
Sonetach Krymskich. Humana to wymagający emocjonalnie profil. Omawiany tekst
lub lektura często wpływa na mój nastrój na cały dzień. Ze znajomymi obgaduję poruszane w nim wątki i
problematykę. Doskonale pamiętam, jak
miałam przygotować wypowiedź ustną na lekcję, a napisałam sobie plan na religii
tuż przed polskim- bo całe poprzednie popołudnie i cały ranek kłóciłam się sama
ze sobą o tezę. Ciągle ja zmieniałam, przetwarzałam, negowałam...
A lektury na humanie są w
większości smutne, dołujące lub pozbawiające sensu życia. Nie wiem, jak
nauczyciele to wytrzymują, co roku przerabiając to samo z kolejną klasą...
-Przekonanie, że trafiłam do
odpowiedniego świata.
Na humana rzucił mnie los,
marzenia i przypadek. To nie była do końca świadoma decyzja, a na pewno źle
uargumentowana decyzja, ale okazała się-jak na razie- decyzją bardzo dobrą.
Wreszcie mogę robić to, co zawsze chciałam, i rozczula mnie i zachwyca nawet
rozbiór logiczny zdań (co nie znaczy, że umiem to dobrze robić...). Z
przyjemnością zbieram wiedzę dodatkową z historii i języka polskiego i mam
dziwne poczucie, że raz w życiu dobrze wybrałam.
Mam nadzieję, że moje poczucie
nie zmieni się, obojętnie jaką pracę będę musiała wykonywać, i ile
nieprzychylnych opinii i docinek usłyszę od ludzi.
Każdy musi w jakiś sposób
określić swój byt. Choćby nawet w sposób bezsensowny i nielogiczny. W gimnazjum
byłam dobra ze wszystkiego prócz języka angielskiego i matematyki (te dwa
przedmioty naprawdę zmuszały mnie do myślenia...). Reszty uczyłam się z
łatwością. Reakcje chemiczne i pierwiastki wkuwałam na przerwach, a miałam
piątki, pamiętałam nazwy wszystkich kości czaszki człowieka i zawsze rozumiałam
fizykę. O tym, że mogłam iść na biol-chem, świadczył choćby wynik egzaminu
gimnazjalnego z przyrody- moim zdaniem nieprzyzwoicie wysoki (powyżej 90%, ale
nie pamiętam dobrze...). Nie żałowałabym dostania się na ten profil w mojej
szkole- znam z klasy B chyba więcej fajnych ludzi, niż z mojej... Ale miałam
wtedy, w gimnazjum, już zdecydowane, że bezrozumie, ale z pasją, rzucę się w
wir profilu humanistyczno-lingwistycznego, i zniosę jakoś obcowanie z
angielskim dla ukochanego polaka. Dzisiaj nie poradziłabym sobie pewnie z
najprostszym zagadnieniem dręczonym przez „moje biol-chemy”, ale niczego nie
żałuję. Jeszcze jestem romantykiem i idealistą, który wierzy w dobry los i
potęgę marzeń...
...ciekawe, czy starczy mi sił,
by zostać owym romantykiem do końca życia.
Niestety, jak widać, nie wiem, po
co są światu humaniście (poza poprawianiem czyiś błędów i gonieniem czyiś
dzieciaków), za to doskonale wiem, jak niepraktyczne jest to, czego się uczę,
oraz jak wielu ludzi idzie na humana, bo nie wie, co ze sobą zrobić. Wiem, jakie mam małe szanse na przyzwoitą
pracę, a jakie duże na stracenie dzisiejszego poczucia posłannictwa i
zadowolenia ze spełniania swoich marzeń.
Na pocieszenie zostaje mi tylko
fakt, że mogę teraz, w drugiej liceum, spokojnie zawołać za Faustem „Trwaj
chwilo, jakże jesteś piękna!”.
(Przynajmniej w kwestii mojego
powołania- jak już kilka razy wspomniałam, życie osobiste to zupełnie inna
bajka)
PS. I mogę to nawet zacytować z
pamięci, a co!
PS2. Dla humanistów, i osób
zainteresowanych: mi najbardziej nie tracić ducha pomaga portal
niewinni-czarodzieje.pl Dużo
inteligentnych tekstów, niektóre prostsze, niektóre trudniejsze i wymagające
dużej wiedzy, ale wszystkie przekonują mnie, że nie jestem ze swoją pasją sama
we wszechświecie.
***
Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uraczyć Was kilkoma zbiorkami moich "dzieł" tworzonych na lekcjach. Ja po prostu muszę rysować, jak czegoś słucham (w tym wypadku-głosu nauczycielki). Jeżeli kiedyś zastanawialiście się, jak wygląda mózg Hipisa bez znieczulenia, to owe rysunki trochę to rozjaśnią...
![]() |
Język polski. Jak widać- inspirujący pan Tadzio.
Tutaj Hipisa rypnęło, by spróbować narysować koszulę- nie polecam, naprawdę!! Koty tak dla towarzystwa. Wszyscy randomowi rysownicy rysują koty... A ten gościu opętany przez koty nawet mi się podoba- kiedyś to wykorzystam!
Efekt oglądania "Pana Tadeusza" Wajdy
Tak za to kończą się lekcje historii. Kurczeee, jakie one są nudne w mojej szkole... Chciałabym mieć z histy indywidualny tok nauczania. Tak kocham ten przedmiot...
Ten mały głowonóg z sukience to Batory. Tak zawsze rysuje postaci historyczne, żeby łatwiej tworzyć z nich komiksy.
Ten dużo, z rogalem, to wyznawca kultu Potężnego Rogala.
(Kolejny temat zapisany w notesie "Schizowe pomysły na przyszłe powieści"...)
Do zobaczenia!
Hipis