Dopiero co wróciłam w Krakowa i odzyskałam dostęp do internetu i już spieszę donosić, jak było, co kto pił i kto odwalił największą wtopę swojego życia (jasne, że ja). Gród Kraka to miejsce do którego będę zawsze wracać.
Natomiast na Lednicę raczej nie wrócę. Byłam na niej przed wyjazdem do Krakowa i bawiłam się nieźle, ale jakoś wydarzenie to nie ma dla mnie wymiaru religijnego. Raczej piknikowy, bo była bardzo fajna pogoda.
Na Lednicy super i w ogóle, trochę dziwnie, znalazłam ładny kamień i naśpiewałam się. Jakoś nie ruszyło mnie to wszystko, podoba mi się taka wesoła religijność, ale nie powoduje żadnych refleksji, i to do tego stopnia, że kumpla pytającego, jak było, zmyłam odpowiedzią wielce cyniczną (zapewne biedak uzna, że ewangelizowanie mnie nie przyniosło efektów. Albo że go nie lubię. Albo że robię się coraz bardziej zgorzkniała. Na szczęście nie umiem czytać mu w myślach).
![]() |
Tak to wyglądało z miejsca zajmowanego przez mojego brata z jego dziewczyną, do których się podsiadłam na czas mszy. |
No a potem był Kraków. O nim napisałam już wcześniej, kiedy nie miałam internetu, więc musiałam wyżywać się w inny sposób.
Jak co... To jest wersja skrócona...
Nie, wcale nie zajmuje kilku stron w Wordzie...
Zachęcić mogę tylko tak, że nie opisuję wszystkiego po kolei i według godzin, tylko raczej stawiam na spostrzeżenia i refleksje.
Dzień 1
Myślicie, że
dużo z tego pamięta? Serio?
Rano w
Klahrheimie było jeszcze ładnie (o dziwo, gdy wychodziłam na pociąg, było już
jasno-a mogło to być o godzinie 5 rano), potem w Bydgoszczy przysoliło nam
deszczem konkretnie, siedziałyśmy z Bukowiną jak jednym parasolem na murku
przed szkołą i czekałyśmy na zmiłowanie. Odjazd odbył się szybko i bez zbędnych
ceregieli-wsiadamy, wszyscy są? Jedziemy.
Autokar jak
najbardziej luksusowy, z napisem „vip” i głową orła, łatwo było go poznać w
tłumie. Za kierownicą pan Emil. Skład profesorski- Izzy, Kozioł i pani Pik
(tylko pani Pik nie znam za dobrze, stąd taki zwrot grzecznościowy). Skład
uczniowski- humana i mat-fiz z pewnego bydgoskiego liceum. Oraz Hipis z
zupełnie innego liceum, tak sobie, po znajomości.
Jedziemy,
jedziemy, przede mną na siedzeniu usiadł Eustachy, czyli nowe, podróżnicze wcielenie mojej
gitary w hipsterski kapelusiku i z chustką na gryfie. Jako jedyny w autobusie
był przypięty pasami, tak w ogóle.
Jedziemy, diabli
wiedzą czym się zajmujemy. Trochę śpimy, trochę słuchamy muzyki, głównie
gadamy. Obejrzeliśmy przy okazji dwa filmy- Asterixa i Brytów oraz „Ja,
szpieg”, o ile dobrze pamiętam.
Na żarcie
zatrzymujemy się w najsławniejszej knajpie za Łodzią, czyli w Złotym Młynie. Z
czystego serca polecam, chociaż wystrój wnętrza na okropnie przaśny, to
jedzenie robią super szybko i nawet drogo nie jest. Prawie 30 tirów na parkingu,
to o czymś świadczy. Pamiętajcie, że
tirowcy mają najlepszy gust, jeżeli chodzi o knajpy na trasie. Do tych poniżej
trzech tirów nawet nie warto zachodzić. Polecam w „Złotym Młynie” brać jedną
porcję na dwie osoby. A jak z zupą jeszcze, to i na trzy, bo takiej ilości
jedzenia nie zjadł nawet Kozioł, a ma on posturę i apetyt polskiego szlachcica.
Moje notatki w
komórce dotyczące wyjazdu głoszą „Bydgoszcz,
Solec Kuj., Cierpice, autostrada, Łódź, Tuszyn, jakaś karczma, straszne wieści
o moim małżeństwie, Częstochowa, Nowa Wieś, dręczenie Buki, Siewierz, Dąbrowa
Górnicza, autostrada, Chrzanów albo Katowice,
Kraków”
Można zauważyć więc, że wyjazd obfitował w osobliwe wydarzenia.
Niestety, nie pamiętam, jak dręczyłam Bukę. Ciągle ją dręczymy z Chaberkiem,
żadna dla mnie to nie nowina.
(PS. Chaberek to przyjaciółka Buki) (PS2 straszne wieści dotyczące
mojego małżeństwa to wyciągnięcie z Buki informacji, co pewien człowiek myśli o
moim małżeństwie z innym człowiekiem, z którym za cholerę nie chciałabym wziąć
ślubu. Tak, my też czasem zachowujemy się jak gimbaza)
Wjechaliśmy do Krakowa od chyba najbrzydszej strony. Na początku
trudno było ogarnąć w ogóle, czy to Kraków, czy co. Z 40 minut dobijaliśmy się
na Wawel.
Na pewno każdy z was widział Wawel choćby na zdjęciach, nie będę się
rozwodzić o tym, co to jest i z czym się to je.
Dorwała nas przewodniczka, pani Lili, stara znajoma naszych nauczycieli.
Wszyscy nauczyciele doskonale znają się z przewodnikami, kierowcami i karczmami
przy drodze, bo przeważnie z każdą klasą jadą w te same miejsca.
Zwiedzaliśmy katedrę ze słuchawkami. Spotkałam się z tym po raz
pierwszy. Przewodniczka mówiła do mikrofonu, a my słyszeliśmy to tylko w
słuchawkach. Gdyby nie to, że mi się zawsze trafiały te popsute, które co
chwila traciły sygnał, byłoby super.
Katedra i Wawel ogólnie
skojarzyły mi się z salonikiem podstarzałej arystokratki (ale w takim dobrym
sensie). Takie miejsce, gdzie mało co do siebie pasuje, mieszają się style i
epoki, ale wszędzie pełno jest pamiątek. Po podróżach, po dawnym życiu, po
dzieciach i mężu. Arystokratka, kiedyś posiadaczka najpiękniejszych kamienic w
Warszawie, a dzisiaj ściśnięta w komunalnym mieszkaniu w bloku, nie chce
rozstać się z żadną, najdrobniejszą rzeczą z przeszłości, bo wszystko to
przypomina jej dawną chwałę. Podobnie Wawel. Tylko w tym wypadku arystokratką
jest Polska. Cokolwiek było cennego, zebrano tam. Nawet ciała słynnych ludzi i
kości prehistorycznych zwierząt. Strasznie mi się ten miszmasz podobał. Nagle
mogłam zobaczyć i dotknąć tyle miejsc, które widziałam w podręcznikach. Albo
wręcz pisałam z nich sprawdzian.
Kaplica Zygmuntowska i jej dach. Tyle złota, niech to cholera.
O nagrobkologi- nagrobki średniowieczne przedstawiają postacie leżące
sobie spokojnie na wznak. Za to na nagrobkach renesansowych goście leżą bokiem,
ze zgiętym jednym kolanem, i głową opartą na ręce. Jakby oglądali telewizję. Po
prostu są przekonani, że zaraz nadejdzie zbawienie i w ogóle, więc po co się
kłaść. I widzicie, teraz muszą spać w tak niewygodnej pozycji. Kobietom
nagrobków się ładnych nie robi tylko zakopuje pod posadzką. No, święta Jadwiga
ma ładny nagrobek, a u jej nóg śpi zwinięty pies, taka śliczna, krótkowłosa
bestyja. Zapamiętałam, że pies ten miał testować jej potrawy, w obawie przed
trucizną. Umarł zaraz po niej, i dlatego znalazł się na nagrobku jako wierny przyjaciel.
Byłam w kryptach Wawelskich. To niesamowite, ilu sławnych ludzi tam
spoczywa. Myślę, że legenda o śpiących rycerzach w Tatrach powinna dotyczyć tak
naprawdę tych krypt.
Oczywiście, odwiedziłam naszych wieszczów. Strasznie ciepło tam u
nich. Mickiewicz, Słowacki... Macie do siebie pecha, panowie, w jednej krypcie
trzeba spać wiecznie.
Widziałam nagrobek Piłsudzkiego,
dla mnie chyba najważniejszy (zaraz po wieszczach). Podobno jest taki bardzo
prosty, żołnierski, ale moim zdaniem Marszałek właśnie taki jest najlepszy.
Przewodniczka opowiadała, że trzeba było Piłsudzkiego „schować” głęboko, bo za często
odwiedzali go jego żołnierze, często konno oraz z towarzystwem alkoholu, przez
co, krótko mówiąc, robili burdel w kościele. Do krypty trudniej im było dojść i
zrobiło się spokojniej (jestem nawet gotowa uwierzyć w tę opowieść, bo mój
własny pradziadek przykazywał swojej wnuczce, żeby mu po śmierci wylała piwo na
grób, w końcu w niebie też coś pić trzeba).
Widziałam nagrobek Kaczyńskich. Odruchowo go pogłaskałam, tak samo
jak wszystkie poprzednie. Wiele razy widziałam Wawel w telewizji czy na
ilustracjach, i przez to ciągle miałam zaburzenia rzeczywistości, i dotykałam
wszystkiego, co nie uciekało. Bo w tv pokazują tylko obraz, nie wierzyłam więc
wzrokowi. Ja w ogóle bardzo lubię poznawać świat wszystkimi zmysłami. A
zwiedzanie tych miejsc było tak bardzo nierealne.
Aha, widziałam dzwon Zygmunta! Chciałabym zobaczyć, jak go się
porusza na jakieś ważne uroczystości. To musi być niesamowite. Przypominałam
sobie, jak byłam dzieckiem, i z przejęciem oglądałam w telewizji relacje z
defilad wojskowych, obchodów 11 listopada itd. Zawsze słyszałam w tle dzwon
Zygmunta. To był chyba najważniejszy symbol mojego dziecięcego patriotyzmu
(dlaczego, świecie, nie jesteś już dzisiaj taki logiczny, jak wtedy...).
Potem poszliśmy na Stary Rynek, oglądaliśmy kościół Mariacki (on jest
epicki!), ołtarz Wita Stwosza (też epicki!) malunki Matejki i w ogóle.
Uwielbiam ten styl gotyckich, strzelistych kościołów, szczególnie tych
najwyższych, najbardziej zdobnych, takich jak w Krakowie czy Pradze. Barok jest
interesujący, ale za duże jego ilości powodują uczucie przejedzenia jak po
trzech dużych watach cukrowych. Słodkie i cudowne, ale łatwo doprowadza do
niestrawności. Za to gotyk i neogotyk uspakaja mnie, zachwyca potęgą, wielkością,
jasnością.
Styl romański jest przyjemny, chłodny i kamienny, ale wydaje się
prymitywny.
Secesja rozwala wszystko, uwielbiam ją, chociaż nie jest to raczej
styl kościelny.
Dzisiejsze kościoły są po prostu brzydkie i niewarte komentowania.
![]() |
Jakieś bratki na Wawelu. Mi się podobały... |
Nie pamięta tego, ale jestem pewna, że musieliśmy tego dnia iść na
obiad, bo, o dziwo, pamiętam co jadłam. Nasze żarełko było niedaleko od Rynku,
na ulicy Krupniczej 14 („Pan i pani Smith”). Tu znowu muszę robić reklamę
(zaraz sobie pomyślicie, że mnie kto przekupił :P ), ale żarełko było dobre.
Fajny lokal w miłych kolorach i z rysunkami kotów, gołębi i rowerów na
ścianach, duże, zabytkowe okna, sporo książek i programów teatralnych na
półkach. Specjalnie usiadałam obok książek, i chociaż nie były w moi stylu,
zapisałam dla Chaberka kilka tytułów, a kilka sobie poczytałam. Buka prawie
odleciała, jak przejrzała sobie programy teatrów. Mnie najbardziej zdziwiło, że
tam jest kilka teatrów, a nie jeden, jak u nas.
Na obiad była codziennie zupa krem (chyba się przekonałam do takich
zup, a zawsze ich nienawidziłam), pierwszej pomidorówki nie przełknęłam, bo
była za ostra, kolejna grzybowa i jakaś zielona były świetnie. Poza tym
pamiętam naleśniki ze szpinakiem i śmietaną, purée ziemniaczane z mięsem, oraz
ryż z brokułami i pieczarkami w jakimś sosie. Nawet fajne, aczkolwiek czasami
za małe porcje jak na cały dzień łażenia.
![]() |
Buka mnie zabije :D Ale to zdjęcie wyszło bardzo profesjonalnie, pewnie dlatego, że było robione trochę z zaskoczenia... |
W końcu poszliśmy na nocleg. Okazało się, że śpimy w hostelu na
Floriańskiej. A Floriańska to ulica, która zaczyna się dokładnie zaraz za
kościołem Mariackim, a kończy bramą miejską i Barbakanem. Po prostu genialna
lokalizacja! Same centrum.
Hostel był bardzo hippisowski, szczególnie lekko kręcone, stare
schody, i ściany calutkie w napisach, podpisach, odciskach dłoni dawnych gości,
w przeróżnych językach (dużo Węgrów...). Pokoje miały numery oraz oznaczenia od
różnych owoców (ja miałam bananowy), były pomalowane w dzikich kolorach, łóżka
piętrowe. Niestety, mało łazienek. Za mało jak na taką wycieczkę (plus Anglików,
których kilku już tam mieszkało). No i mały salon, w którym był tylko jeden
stół, za to epicki sufit z kasetonami z ciemnego drewna.
![]() |
Klatka schodowa. |
No i największy plus noclegu- dokładnie pod moim oknem (3 piętro) stał
na chodniku gitarzysta i grał codziennie do późna. Przesiadywałam w oknie
prawie całe wieczory, czasami też w oknie salonu, które było dokładnie piętro
niżej. Musiałam napisać opowiadanie na polski, by dostać 6 na koniec, a ów
grajek był niesamowicie inspirujący. Tak, pisałam o Krakowie.
Oczywiście, od razu musiałam mieć głupią przygodę. Otóż wyszłam na
korytarz, bo chciałam poszukać czajnika. A tu idzie Kozioł z chłopakami i niosą
łóżko, przycisnęli mnie do ściany w korytarzu, wiec ewakuowałam się, wysuwając
się za drzwi na klatkę schodową. I wtedy zorientowałam się, że drzwi są zamknięte,
i nie da się ich otworzyć bez jakiejś karty-był czytnik przy klamce.
Zrozumiałam, że hostel jest trochę bardziej nowoczesny, niż mi się wydało. Już
stanęła mi przed oczami perspektywa stania tu nie wiadomo jak długo, gdy
przypomniałam sobie o naszym otwartym oknie, i 5 dziewczynach, które powinny w
nim siedzieć. Pobiegłam więc na dół, wyszłam przez kolejne drzwi (i
uprzytomniłam sobie, że te drzwi też da się otworzyć tylko od środka) i
zaczęłam wołać Bukę. Musiało to być osobliwe przedstawienie dla przechodniów...
W końcu wychyliła się Agata i wrzasnęła mi „Mów, że jesteś z Torunia!!”.
Wyjaśniłam, jaki jest problem, i ekspedycja ratunkowa pobiegła na dół.
Niestety, chyba nie załapała sposobu działania drzwi, bo pozwoliła, aby te
górne się zamknęły. Dopiero Chaber uprzytomniła sobie, że koło nich jest...
dzwonek.
Potem okazało się, że jak damy w zastaw dyszkę, to nam dadzą karty do
otwierania drzwi od pokojów i na klatkę. Nie każdy zgodził się na takie
warunki, więc w drzwiach na klatkę zawsze stał wiklinowy kosz na śmieci,
powstrzymujący je przed zamknięciem się.
Jak co, zawsze kiedy wycieczka z Bydzi zachowuje się przyzwoicie,
mówi, że są z Bydgoszczy. A kiedy robią coś złego lub durnego, to mówią, że są
z Torunia... Nie można zapominać o patriotyzmie lokalnym.
![]() |
Hostel. Moje okno- chyba górne po prawej... |
Dzień 2
Teraz to naprawdę mało pamiętam z tego dnia... Na pewno było
zebranie, na którym dostaliśmy równo ochrzan od Izzy’ego za przemycanie wódki
do pokojów oraz ciągłe marudzenia o złe warunki w hostelu. Ani to, ani to mnie
nie dotyczyło, ale co tam. Przyzwyczaiłam się, że ciągle spotyka mnie tak zwana
odpowiedzialność zbiorowa.
Byliśmy w Wieliczce. Nie podobało mi się. Jest zbyt nowoczesna! Jak
to możliwe, żeby pod ziemia było ciepło, żeby można było chodzić bez kasku, po
drewnianej podłodze? Serio? Wieliczka jest cała zrobiona chyba z myślą o
niemieckich turystach na emeryturze. Pewnie też dlatego tyle tam sklepów z mega
drogą biżuterią. Mogłabym tak pracować- lubię przebywać pod ziemią, no i bardzo
zdrowy mikroklimat. Ale do zwiedzania to się mało nadaje, szczególnie dla
kogoś, kto tak jak ja dużo kopalni już widział. Chociaż tu racja, że podziemne
jeziora były epickie, podobnie kaplica św. Kingi i wszelakie inne pomniki.
Mieliśmy sporo „indywidualnego zwiedzania” po Starym Mieście. Wiecie,
praktycznie jest to czas wolny, kiedy się je i kupuje pamiątki.
Z Buką latałyśmy i się wszystkim zachwycałyśmy, znalazłyśmy Piwnicę
Pod Baranami, ową sławna kawiarnię i
kabaret, umiejscowiony w bardzo ładnej, żółtej kamienicy. Od dawna się
rajcuję Piwnicą, i jestem szczęśliwa, że w ogóle wiem, gdzie to jest.
Buka się rzuciła i kupiła szachy. Takie piękne, drewniane,
zielono-białe. Cudowne. Więc siedziałyśmy koło postoju dorożek i grałyśmy (ja
wygrałam), potem poszłyśmy na miejsce zbiórki (Planty, koło Matejki i
Barbakanu) i znowu grałyśmy, tym razem ona wygrała. Potem poszłyśmy z grupą
ochotników, Izzym i Kozłem do Muzeum Narodowego i oglądaliśmy sobie różne
mundury polskie. To takie bardzo tradycyjne muzeum, wiecie, gablotki, pani,
która pilnuje (a tak naprawdę śpi), zakaz rozmów. W Krakowie takie muzea to już
chyba rzadkość. Ale oglądanie ich z historykami to zawsze dobra zabawa,
szczególnie kiedy opowiadają ci (z własnego doświadczenia) jak się zdobi
pistolety czy szable. Podobno to cholernie trudne. Ale też wygląda przepysznie.
Dawniej broń, szczególnie ta do polowań, była bardziej ozdobna niż praktyczna,
albo łączyła obydwie te cechy.
Musieliśmy z muzeum wracać biegiem, bo byśmy się spóźnili na obiad. A
i tak wszystkiego nie obejrzeliśmy, niestety.
Moje buty coraz bardziej cierpiały- już gdy wyjeżdżałam jednemu
odpadała połowa podeszwy z tyłu. Teraz zaczynała odpadać na obydwu. Próba
zszycia albo spięcia agrafka dużo nie przyniosło (poza tym, ze musiałam odpinać
ową agrafkę w Muzeum Auschwitz).
![]() |
Taka sobie głowa na rynku. Ktoś wie, o co chodzi...? |
Chyba tego dnia oglądaliśmy też muzeum Podziemi Rynku, znajdujące się
4 metry pod poziomem ziemi (oraz pod fontanną...). Muzeum było bardzo interaktywne, i ogólnie,
nawalili tyle techniki, ile się dało. Głównym tematem było życie codzienne w
średniowieczu. No, nawet kilka nowych rzeczy się dowiedziałam, np. obejrzałam
sobie dokładnie średniowieczne buty czy bałwany solne. To smutne, że w muzeach
albo słyszę to, co już wiem, albo nowe rzeczy, które zaraz zapominam. Mam
bardzo kiepską pamięć.
Dzień 3
Z tego co pamiętam, to tego dnia Chaberek spadła z łóżka. Otóż zostawiła
telefon podłączony do kontaktu, który był koło mojego łóżka. Nastawiła w nim
budzik na godzinę chyba 5 rano, bo śniadanie było o 5:40. Rano zadzwonił, ale
ja nie miałam pojęcia, jak go wyłączyć, biedna Chaberek zeszła więc z
piętrowego łóżka, i gdy tylko zeskoczyła na ziemię, ugięły się pod nią
zdrętwiałe nogi i poleciała do przodu, zwaliła kosmetyki i ubrania z szafki
nocnej Agaty, przewróciła moją gitarę i wylądowała koło swojej komórki. Nic się
jej nie stało, ale pobudkę miałyśmy wielce skuteczną.
Śniadanie było tak wcześnie, bo zwiedzanie Auschwitz z polskim
przewodnikiem było tylko o ósmej. Zdążyliśmy cudem. Za to całą drogę mogłam
słuchać opowieści Kozła o jego wyjazdach z grupą rekonstrukcyjna na Ukrainę,
Węgry i do Rosji. Kozioł bardzo sympatyzuje z Węgrami, za to nieszczególnie
lubi Niemców, że nie powiem o Rosjanach (człowiek, który robi sobie zdjęcie pod
Kremlem w szlacheckim stroju i z szablą w ręku...). Przy okazji dogadał się z
panią Pik, że jakaś jej znajoma pochodzi z tego samego rodu, co Kozioł (ród
szlachecki- największa radość dla historyka-tyle do badania!).
W Auschwitz i Birkenau nawet moja wycieczka zachowywała się
przyzwoicie, chociaż przeważnie preferowali styl zachowania „na gimbazę”.
Zresztą, mieliśmy cudowną przewodniczkę, od samego jej głosu można było się
popłakać. Bardzo poważna i bardzo smutna. Tak w ogóle, to jej rodzina
pochodziła z Brzezinki, wsi którą zniszczyli Niemcy, budując na jej miejsce
Birkenau.
Auschwitz-Birkenau z wiekiem coraz bardziej mnie przeraża. Dlaczego?
Bo wiem o tym obozie za dużo. Póki badanie tak tragicznych losów jest dla mnie
uzasadnione potrzebą naukową, nie przeraża mnie to tak bardzo. Podejście
historyczne. Kiedy zaczynam wiedzieć za dużo, żebym mogło mnie coś zaskoczyć,
moje podejście zmienia się na bardziej ludzkie i, niestety, poetyckie. Dlatego
więcej tam nie wrócę, szczególnie po tych wszystkich wojennych lekturach z
klasy 3 liceum.
Ten dzień w ogóle można by nazwać „żydowskim”, bo po powrocie
zwiedzaliśmy Kazimierz Żydowski. W zasadzie, nauczyciele wysadzili nas na
jakiejś bocznej uliczce i powiedzieli, że mamy się stawić za godzinę w tym
samym miejscu. Poszłyśmy trochę w bok i trafiłyśmy na ulicę Szeroką, czyli
centrum Kazimierza Żydowskiego, zapchaną gęsto kawiarniami i restauracjami. W
pierwszej chwili poczułam się jak w obcym kraju. Było cicho, spokojnie, jak nie
w Krakowie, mała orkiestra grała osobliwą muzykę, napisy z rzadka były po
polsku, przeważał angielski oraz jidysz (czy hebrajski, za diabła nie wiem, jak
to poznać). Nawet kelnerka, która nas zaczepiła, mówiła z dziwnym akcentem. No
i wszystko było bardzo drogie, poczułyśmy się nad wyraz biedne. W końcu
usiadłyśmy w knajpie niedaleko jakiejś synagogi i zamówiłyśmy najtańszą herbatę
(głównie po to, by mieć pretekst do korzystania z toalety). Wart wspomnienia
jest ekscentryczny barman, jakieś dwadzieścia lat i szopa sterczących,
brązowych włosów, wyglądające trochę jak wybuch miny lądowej, powstrzymywane
przed anarchia opaską na czole. Wyglądał naprawdę osobliwie.
![]() |
Synagoga. Zza płotu. No bo akurat tak niewygodnie stał... |
(Tak w temacie- w Krakowie są nawet przystojni faceci, chociaż to
zapewne zależy od gustu. Trzeba tylko rozglądać się nie po turystach, a
studentach pracujących w kawiarniach).
Zwiedzaliśmy też Kazimierz z przewodniczką. Spotkała nas osobliwa
przygoda przy kirkucie, który oglądaliśmy przez dziurę w murze. Przewodniczka
głośno nam coś opowiadała, gdy nagle otworzyło się lekko okno kamienicy po
drugiej stronie ulicy, i huknęła z niej bardzo głośna muzyka poważna, ściślej
skrzypce! Przewodniczka wyjaśniła, ze to znak, że mamy się zwijać i nie
hałasować, i że ów mieszkaniec Krakowa nie pierwszy raz jej tak robi. Nie ma to
jak grzeczne wypraszanie.
Potem poszliśmy na drugi brzeg Wisły, w miejsce, gdzie było za wojny
getto, i gdzie mieszkał w dzieciństwie Roman Polański. Nawet nie wiedziałam, że
on był Żydem. Jednym z nielicznych, którym udało się uciec z getta i przeżyć
wojnę. Go akurat uratowała matka, sama zginęła w Oświęcimiu.
Na placu centralnym tej dzielnicy stały, tak sobie, drewniane
krzesła. Przewodniczka tłumaczyła, że na tym placu zbierali się Żydzi, wywożeni
do obozów. Czasami czekali z tobołami i dziećmi nawet kilka dni, więc
przynosili ze sobą krzesła.
Potem poszliśmy piechotą na żarełko, droga była daleka (no dobra, ok.
2 kilometry, ale w nogach mieliśmy ich stanowczo więcej...), więc nawet ja i
moje trampy poczuliśmy się zmęczeni. One dodatkowo chciały się rozpaść. Bruk,
wszędzie bruk. Każdy ten cholerny kamień czułam w stopach. Ale szeroka arteria,
którą szliśmy, była bardzo interesująca. Ta mnogość kamienic, sklepów,
instytucji, tramwajów, samochodów, ludzi...
Po obiedzie kilku straceńców poszło na Kopiec Kościuszki. Ja i moje
trampki nie mieliśmy już sił, więc poszliśmy po raz ostatni połazić po Starym
Mieście. Wtedy kupiłam też kilka pamiątek- zakładkę do książek, czyli jedyną
rzecz, na którą było mnie stać, oraz, o dziwo, chocker. Znalazłam go w sklepie,
który jest też w Bydgoszczy, co daje mi pewną nadzieję na zakup drugiego.
Strasznie mi się podoba, od tego momentu już wszędzie w nim chodzę.
Stałyśmy z dziewczynami z pokoju pod wejściem do hostelu czekając, aż
Agata zje wielka zapiekankę, i obgadywałyśmy chłopaka grającego na gitarze obok
nas. Wtedy Agata zauważyła, że w kawiarni (czy czymś tam, gdzie serwują
elegancki alkohol, nie pamiętam, co to było) stoi pianino. Tak jakoś wyszło,
nie wiem dlaczego, że zapytałyśmy gitarzystę, czy mamy jakieś szanse, żeby
pozwolili nam pograć na pianinie. Okazało się, że gitarzysta tam pracuje, i
pianino jest rozstrojone nieco, ale raczej pozwolą nam na nim zagrać, jak co to
możemy się na niego powoływać. Sympatyczny gościu, cieszę się nawet, że Agata
go zaczepiła, bez tego czułabym, że czegoś mi brakuje w tym Krakowie.
Poleciałyśmy wiec do kawiarni i rzeczywiście nam pozwolili. To był chyba
najfajniejszy moment całej wycieczki- Agata grała na pianinie „Mury”, ja
pomagałam jej śpiewać, a Doris wszystko dyskretnie nagrywała. Śpiewać i grać w
Krakowskiej kawiarni- to dopiero coś!
Chciałam już iść spać, i o 22 spokojnie piłam herbatę, siedziałam na
parapecie salonu, słuchałam gitarzysty i pisałam moje opowiadanie. W piżamie, z
mokrymi jeszcze włosami. No i było ładnie, bajkowo, a natchnienie nie
zamierzało mnie opuścić (to miasto naprawdę daje natchnienie!), kiedy nagle
wpadł Izzy na cowieczorne zebranie i mówi pod koniec go, o 22:30, że dzisiaj
idziemy na nocne łażenie po Rynku!
![]() |
Widok z mojego okna :D To na dole to kwiatki na parapecie, które wypijały wszystkim starą wodę. |
Poleciałam do pokoju, szybko ubrałam cokolwiek zamiast piżamy, na
włosy nic nie mogłam poradzić, więc je rozpuściłam i nakryłam kapeluszem, no i
poleciałam.
Chodziliśmy po Rynku w większych grupach (obowiązkowo z jednym
facetem). Moja grupa wkurzała mnie i robiła sobie non stop zdjęcia, ale w końcu
wyluzowałam, i się na kilku fotkach też załapałam. Grunt, że mogłam chodzić po
mieście i nawdychać się jego epickiej atmosfery. Znalazłyśmy z dziewczynami
tanie lody (no dobra, nie tanie, ale fajne), jak wracałyśmy z lodami do reszty
grupy, akurat z klubu nocnego (a ściślej, burdelu) wyrzucali ochroniarze
jakiegoś faceta, chyba naćpanego, awanturka niezła, więc do grupy wracałyśmy
prawie biegiem. Reszta grupy ogarnęłam, że mamy lody, i poleciała sobie też
kupić (typowe). Czemu mówię, że to był burdel? Właściwie to tylko moje
podejrzenia, bo klub miał czerwone zasłony w oknach, a reklamowały go
dziewczyny w odwrotnie proporcjonalnych długością spódniczkach i obcasach
(czyli pierwsze krótki, a drugie wysokie). Ale mogę się mylić, w końcu raczej
trudno byłoby podejść i zapytać.
Pierwszy raz spóźniłam się na miejsce zbiórki- bo umawialiśmy się pod
Mickiewiczem, ale zapomnieli o tym i nauczyciele, i uczniowie, i poszli pod
hostel. Dopiero gdy zadzwoniłyśmy do kogoś tam, to ktoś tam nam wyjaśnił
pomyłkę, i prawie byśmy dostały ochrzan za dobrą pamięć...
![]() |
Czy to kosmici, czy to palec...? |
Dzień 4
Tego dnia niestety musieliśmy wracać. Ale rano przewodniczka
przegoniła nas jeszcze po chrześcijańskiej części Kazimierza, czyli głównie po
kościołach. Był więc kościół na skałce, krypta pod nim, w której spoczywa m.in.
Jacek Malczewski, czyli mój ukochany malarza, oraz Długosz, który pierwotnie
był pochowany w jakimś dzbanku... Znajduje się tam też, na dziedzińcu, zdrowe
nadzwyczaj źródełko, śmierdzące siarką. Podobno leczy pryszcze. Według
ustalonej wersji to w tym kościele pojmany został św. Wojciech, którego na
śmierć skazał Bolesław Śmiały.
Dalsze kościoły zlewają mi się w jedno... Był jeden, który miał łuki
między kolumnami wykończone białym kamieniem, pierwszy raz takie coś widziałam.
Był niedokończony kościół św. Anny i Małgorzaty (czyli Rity). Ta ostatnia jest
patronką spraw beznadziejnych, a jej symbolem jest róża, dlatego w jej święto
zbierają się w kościele wszystkie krakowskie Małgorzaty z różami w dłoniach
(jak to musi romantycznie wyglądać!)
W tym kościele był grób niejakiego Izajasza, świętego męża, chociaż
oficjalnie przez kościół nieuznanego, który kiedyś podobno strasznie trząsł
swoją pokrywą grobowca, gdy podchodziła do niego kobieta lekkich obyczajów albo
niewierna żona. Jak rozumiecie Krakowianie chętnie testowali Izajaszem swoje
żony, w końcu przeniesiono go w miejsce, w którym nie mógł już trząść (jak ja
lubię te dawne opowieści i legendy... lepiej zdradzają ludzką umysłowość
różnych epok niż wszelakie mądre rozprawy i literatura).
W końcu przewodniczka nas pożegnała, a nauczyciele dali chwilę
wolnego na żarcie, poleciałyśmy więc pod hostel, zjeść owe słynne zapiekanki,
oraz równie słynne lody z tej samej budki, które mają genialnie śmietankowy
smak.
Potem już prosto, napad na hostel, zabranie swoich rzeczy, uratowanie
gitary, marsz do autokaru (jak zwykle stanął przy pomniku grunwaldzkim),
siadanie, usadzanie gitary, i jazda z powrotem.
Jak zwykle w drodze powrotnej,
nudziłam się jak mops. Jak jadę gdzieś, to jestem z zasady niewyspana i pełna
energii wynikającej z perspektywy nowych przygód. Gdy wracam, jestem już tylko
znudzona i marzę o rzuceniu się do łóżka i wyjechania za dwa dni w jakieś nowe
miejsce. Zaczynają prześladować mnie moje typowe demony, a na dodatek jeszcze
przeświadczenie, że opuszczam jedno z najpiękniejszych miejsc, które
kiedykolwiek zobaczyłam, a wracam do swojej szarej rzeczywistości.
Znowu jedliśmy w Złotym Młynie, ale nie byłam głodna i zadowoliłam
się sernikiem z bitą śmietaną. Chaberek ciągle źle się czuła, a na dodatek w
autokarze puścili nam ten okropny film „2012”. Logiki w nim tyle, co kot
napłakał, naprawdę.
Po Częstochowie staliśmy długo w korku, w domu dowiedziałam się, że
rano miał tam wypadek autokar wycieczkowy, wracający z Łeby, 27 osób rannych,
kurde, ja naprawdę czasami mam szczęście, że mnie takie rzeczy w życiu omijają.
Dojechaliśmy o 22:15, padając na pysk ze zmęczenia.
Było warto. Ale było też bardzo męcząco, szczególnie wstawanie
codziennie o wielce nieprzyzwoitych godzinach.
Podsumowanie mam jedno- wrócę tam kiedyś. I to mam nadzieję jak
najszybciej. Tak samo, jak do Pragi.
Chciałabym tam studiować... Wydział polonistyczny jest w przecudownym
budynku przy Gołębiej, zaraz przy historii i prawie, niedaleko lingwistyki, jeżeli dobrze
pamiętam.
Czemu ja się tak daleko urodziłam. Żyjąc w Krakowie pewnie byłabym
innym człowiekiem. Mówcie, co chcecie,
ale dostęp do kultury i dobrego szkolnictwa robi swoje. Niby czemu z Krakowa
pochodzi tylu sławnych ludzi? Bo od wieków był tam uniwerek, który skupiał
osobistości z całej Europy oraz studentów, powodował rozwój kultury, pojawianie
się nowych prądów umysłowych z innych krajów, nie pozwalał temu miastu
zatrzymać się w rozwoju, jak to bardzo lubi robić prowincja.
![]() |
Floriańska, też z okna. Świetne ujęcia miałam z tego okna! |
***
Nie zmieściłam w tekst wszystkich fajnych zdjęć (przynajmniej dla mnie fajnych...) wiec wrzucam tu w formie galerii.
![]() |
Jakiś tam gościu na pomniku. Zaraz obok był dom z tabliczką, że "w budynku który tu kiedyś stał Wyspiański pisał Wesele" Taki szał :D |
![]() |
Czyżby to było lokowanie produktu? Czy też po prostu AKG to nie tylko marka słuchawek, ale ja o tym nie wiem? Ja lubię ich słuchawki, więc nie ma problemu :D (oczywiście, to ściana hostelu) |
![]() |
No to smile |

Piękna twarz...
The world is a book and if you don't travel, you read only one page. Normalnie bym powiedziała-ale sztywne, sztampowe słowa. Ale co innego usłyszeć, a co innego znaleźć wymalowane w hostelu na drugim końcu Polski... W takiej sytuacji w pełni się z nimi zgadzam!
![]() |
Wybaczcie, ale nie jestem pewna, kto to... Pamiętam tylko, że związany z Piwnicą Pod Baranami. Tam obok ma herbatkę, jak co, chociaż podobno wolał napoje bardziej alkoholowe :P
Ile w tym mieście jest teatrów! A do tego na pewno bym poszła, może bym spotkała Wolanda...
Buka gra ze mną w szachy :D W tej rozgrywce akurat ja wygrałam...
Żyjecie tam jakoś? Ja raczej kończę życie, bo muszę wrócić do normalności, a normalność to problemy. Typowe.
pozdrawiam
Hipis