6 sierpnia 2015

Hipis contra sweterek.






Jaka piękna pogoda! Jak można narzekać na upały. Upały dają niepowtarzalną okazję do leżenia cały dzień z książeczką na balkonie i tłumaczenia wszystkim, że nie mogę NIC A NIC zrobić, bo jest ZA ciepło.
Tak naprawdę temperatury mi nie przeszkadzają- wczoraj i przedwczoraj byłam całe dnie na zakupach i przeżyłam. Ale moi rodzice nie muszę tego wiedzieć, gdy chcą zmusić mnie do koszenia trawy...

Na zakupach ciągle miałam wrażenie, że po raz ostatni robię takie zabawne, „przedszkolne” zakupy. W końcu idąc na studia nie będę bawić się w wybieranie kredek i ołówków! W tym roku postanowiłam ostatni raz się powygłupiać (i naciągnąć mamę na kasę, ogólnie rzecz biorąc), więc nakupowałam sobie hipsterskich zeszytów, teczkę z Pingwinami z Madagaskaru, zakreślacze, kolorowe karteczki, kredki i masę innych duperelków, plus nowy piórnik i plecak.
Poczułam się jak w pierwszej klasie, gdy po raz pierwszy jechałam na takie zakupy... Zawsze do tego samego sklepu. Ale mam wrażenie, że jak JA byłam mała to w sklepach nie było tylu ładnych rzeczy :C
Gdybym dzisiaj była dzieckiem kupiłabym sobie całą szkolną wyprawkę z Minionkami!

Dla odmiany wczoraj pół dnia polowałam na podręczniki szkolne. Zapewniam Was, to w moim przypadku nie jest LOGICZNA i PROSTA czynność. Skończyło się na tym, że wróciłam do domu z trzema podręcznikami do polaka (teoretycznie miał być jeden), z o jedną za mało częścią historii i bez matematyki, ale za to z nową książką Bułyczowa, kupioną po bardzo okazyjnej cenie ^^



Ale, ale, w tym poście znowu zajmę się różnymi robótkami ręcznymi- otóż minął 1 sierpnia, i mogę już ujawnić prezent, który robiłam dla mojej przyjaciółki- Basika.

Basik, poza tym że maluje, rysuje i chodzi do plastyka, interesuje się masą różnych dziwnych rzeczy, którymi ja się nigdy nie interesowałam- rozumiecie więc, że trudno mi było coś dla niej fajnego kupić. Brak hajsu wcale mi nie pomagał...
W końcu kupiłam dla niej biały sweterek i postanowiłam coś na niego naszyć. Jakiś wzorek.

Pomysł spotkałam koło przejścia podziemnego na Rondzie Jagiellonów.




 Dziewczyna miała koszulkę z takim super słodkim kociakiem i podpisem „purrrr”. Ponieważ Basik lubi słodkie kotki, a i ja nic przeciwko nim nie mam, wzięłam się za projektowanie najsłodszego kociaka na zachód od Wisły.
Internet okazał się bardzo pomocny, chociaż długo bałam się wpisać w Google „sweet cat”, nie byłam pewna, czy wynik wyszukiwania swoją słodkością nie wypali mi mózgu...
Na szczęście, z powodu moich pewnych znajomych jestem bardzo doświadczona w rzyganiu tęczą i jakoś z tego wyszłam...



Metodą prób i błędów znalazłam MODEL IDEALNY i narysowałam na kartonie, a potem wycięłam, w międzyczasie wprowadzając poprawki.


Trochę przerażająco to wygląda, co? Ja na tym poziomie zaczęłam się bać...

Około miliona razy zmieniałam ustawienie elementów na sweterku... W końcu usiadłam i zaczęłam wycinać elementy odrysowane na materiale w gwiazdki, który został mi po jakimś wcześniejszym projekcie (i którym też mama obszyła mi kiedyś spodnie...).



W międzyczasie zaczęłam mieć kłopoty z błędnikiem (mocne zawroty głowy i mdłości), więc zostałam skazana na siedzenie w jednym miejscu...


...i przyszywanie. Oczywiście, najpierw stworzyłam idealne ułożenie i przyszpiliłam je do sweterka.


Okazało się, że ułożenie nie jest takie idealne- na szczęście musiałam odpruwać tylko uszy. Potem byłam szalenie ostrożna i po doszyciu każdego elementu sprawdzałam z daleka, czy na pewno jest IDEALNIE.

Szyłam ręcznie. Nie mam pojęcia, jakim ściegiem, nigdy się tego nie uczyłam- po prostu obserwowałam babcię przy pracy.

Efekt był całkiem niezły! Nawet mojej rodzinie się spodobał-na tyle, że usłyszałam, że mam go nie oddawać, tylko sobie zostawić :D


 Hipis nie modelka, i korytarza też nie ma szczególnie fotogenicznego, ale chodziło przecież tylko o sweter.
PS. Nie wyobrażacie sobie, jak ja się pilnowałam, żeby go nie pobrudzić!

Basikowi też się podobał, gdy wręczyłam go jej pierwszego sierpnia, zapakowanego wraz z kartką urodzinową- notesem (też robiony ręcznie, na zasadzie kołonotatnika) w szary, pocztowy papier ozdobiony stemplem (teoretycznie stemplem, bowiem ten wzorek tak naprawdę nie przypominał nic...).


Prezent urodzinowy ogółem kosztował mnie jakieś... 4 dni roboty i góra 25 zł. Polecam, opłaca się, jak ktoś nie ma dwóch lewych rąk. A i lewymi da się w tym świecie tworzyć ładne rzeczy, w końcu prawie wszystko można znaleźć w necie i wydrukować. Czasami starczy pomysł :D

Teraz biorę się za ozdobienie w podobny sposób swojej koszulki- obiecuję, że ten projekt będzie jeszcze bardziej dziwny i dziecinny :D Muszę tylko poczekać, aż mama uszyje poszewki na poduszki i udostępni mi materiał.

pozdrawiam
Hipis