Dzisiaj będzie strasznie konkretnie, przynajmniej jak na
mnie.
Mamy tu jakiś maturzystów? Albo przyszłych maturzystów,
którzy są na tyle rozsądni, żeby już myśleć o studiach? Jeżeli mamy, to jest to
tekst dla Was, bo zapewne już zapisujecie sobie w kalendarzu kolejne Targi
Edukacyjne i Dni Otwarte różnych uniwerków i wydziałów, na które chcecie iść. I
zapewne macie niezły mętlik w głowie.
Co najzabawniejsze, zapewne wielu, jak
nie większość z Was, pójdzie na zły kierunek, podejmie same złe decyzje, nie dostanie
się na wymarzone studia albo wyleci z uczelni po pierwszym semestrze. Pocieszę
Was – absolutnie nic na to teraz nie poradzicie. Bardzo wielu ludzi zmienia
studia, nie będziecie wyjątkami, więc nie ma co traktować tego jak wyboru
miejsca na cmentarzu (co jak co, ale miejsce na cmentarzu ma się jedno i już na
zawsze, przynajmniej póki płacisz).
Jeżeli już musicie się przejmować, to mogę Wam podać moje
banalne zasady – mierzcie najwyżej, jak się da, wybierzcie się na duże Targi
Edukacyjne, na przykład do Poznania, i najpierw pozwiedzajcie miasto, w którym
chcielibyście się uczyć, bo od miasta też dużo zależy.
No i koniecznie popytajcie tak zwanych starszych kolegów. Na
przykład mnie.
Syndrom „zdała pierwszy
semestr i się mądrzy".
O mieście
Poznań, Poznań, piękne, praktyczne i trochę przytłaczające
miasto. Dla mnie rozmiarowo jest idealnie. Z moich szacunków wynika, że żeby
przejechać je z jednego końca na drugi, trzeba poświęcić tyle czasu co jadąc z
Bydzi do Torunia, więc idealnie. Oś Starego Miasta jest dość logiczna, zgubić
się trudno, centrum jest dość ścisłe. Wielki Park Cytadela dodaje uroku i
jesienią jest niezwykle piękny. Fajne muzea, kilka obrazów Malczewskiego, kilka
przeepickich pubów i kawiarni, w których chciałoby się zamieszkać. Trochę
poezji, muzyki, kilka poważnych i hipsterskich teatrów, CK Zamek, które łączy
dużo imprez w jednym budynku. Miasto proste w obsłudze. Dla niektórych może być
nieco za duże. Okropne korki, posiadanie samochodu niewskazane, poziom smogu
niefajny, ale na własne oczy widziałam smog raz, więc Kraków to nie jest. Z
dzielnic potencjalnie niebezpiecznych – Wilda, aczkolwiek chodzę tam i jeszcze
nikt mnie nie złupił. Jeżyce już nie, potwierdzam, teraz to hipsteroza
straszna. Dzielnice urocze – Jeżyce i Śródka. Dzielnice brzydkie – wszystkie
osiedla, które nie maja nazw ulic, tylko jedną wspólną nazwę – osiedle Lecha,
osiedle Przyjaźni itp. Są przeważnie paskudnymi blokowiskami bez charakteru,
ale co kto lubi. Ceny pokojów i miejsc w pokojach zaczynają się od 400-500 zł
za dwuosobowy i 600 zł za jednoosobowy (bez rachunków). Najtańsze są kamienice,
ale często są też nieco zrujnowane, obskurne, z lejącym się i śmierdzącym
kiblem, drzwiami bez klamki, odpadającymi szafkami i innymi radościami życia. Żeby
nie zapominać o sąsiadach-menelach. Bloki trochę droższe, ale za 600 zł już
można dorwać ładną jedynkę a la IKEA. Miejsce zamieszkania zależy od miejsca
studiowania – niektóre wydziały UAM są na Morasku (czyli na zadupiu) i trzeba
mieszkać w blokach, inne są w centrum i zostają Ci głównie kamienice do wyboru.
Uniwersytet Przyrodniczy przeważnie jest w centrum, z tego co widziałam.
Komunikacja miejska do ogarnięcia, ale jeżdżenie na biletach się nie sprawdza, karta PEKA lepsza.
Poziom ogólny kierunku
Jestem na filologii polskiej, więc o innych wydziałach Wam
nie powiem. Od czego w ogóle zależy poziom? Teoretycznie od wyników, od
sukcesów naukowych absolwentów, od kadry. Ale jeżeli jesteś zdolny, zostaniesz
świetnym naukowcem i po polonistyce na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim
(wybaczcie, ale jakoś z UWM najczęściej się śmiejemy). Moim zdaniem bardziej liczą
się ludzie, studenci, którzy daną uczelnię wybierają. Jeżeli uczelnia ma
renomę, idą na nią najzdolniejsi, najbardziej zaangażowani. Ludzie, z którymi
można rywalizować, którzy będą podnosić poziom grupy, a nie zaniżać. Dzięki
którym sam lepiej się rozwiniesz. Że nie wspomnę o różnych oddolnych
inicjatywach, chodzeniu do teatru i pożyczaniu sobie książek. Może dla
niektórych to zbędne, ale ja od gimnazjum staram się przebywać w towarzystwie
ludzi inteligentnych, a praca z ludźmi w wakacje tylko upewniła mnie, że to
dobra idea.
Jeżeli będziemy patrzyć takimi kategoriami, to w kwestii
filologii polskiej liczą się tylko UAM, UJ i UW. I zapewniam Was, że jeżeli nie
jesteście intelektualnie na poziomie ziemniaka, to spokojnie dostaniecie się na
UAM. W tym roku akademickim próg wynosił chyba 30 punktów na 100. Serio. Żeby
mieć te trzydzieści punktów to na matury trzeba dosłownie tylko przyjść, no
może jeszcze umieć pisać, czytać i oddychać. Moim zdaniem to źle, że uniwerek
tak zaniża, ale cóż.
Trudności (i radości) dalsze
Na polonistyce nie jest ciężko. Jest mało godzin. Plan
układasz sobie w całości samemu, nie jesteś przydzielony do żadnej grupy, tylko
kilka przedmiotów jest obowiązkowych. Wykłady wybierasz sobie sam. To jest
straszne utrudnienie. Chyba jedyna wielka wada tego kierunku. Bardzo trudno
zarejestrować się tak, żeby nie mieć dzikich okienek albo nie trafić na samych
kiepskich wykładowców. Na każdych zajęciach masz w grupie innych ludzi, co nie
sprzyja bliższym relacjom. Jeżeli nie jesteś zbyt towarzyski nie będziesz miał
nawet od kogo wyciągać notatek.
Specjalności zaczynają się od drugiego semestru. Jest ich
sporo, ale niektóre nie są otwierane z braku chętnych. Liczą się:
nauczycielska, logopedyczna (lub obie naraz), dziennikarska, wydawnicza i
artystyczno-literacka. Nie są wymagające, ja mam na wydawniczej tylko trzy
przedmioty. Jeżeli nie jesteś na połączeniu nauczycielskiej z logopedyczną
(bardzo wymagająca), to spokojnie pociągniesz drugi kierunek. Oczywiście jeżeli
umiesz szybko biegać, bo z mojego wydziału blisko jest tylko na prawo. Na
neofilologię trzeba już sprintem, na historię chyba najlepiej paralotnią, bo
jest na końcu świata (Morasko). Pedagogika – nawet nie wiem, ale też daleko.
Specjalizacje można łączyć, jak się wyłoży hajs, niestety całkiem sporo hajsu.
W zasadzie Twój program edukacyjny zależy od tego, na jakie
wykłady pójdziesz, i na jakich prowadzących trafisz. Naprawdę, nie ignoruj
tego, pytaj się starszych, dowiaduj, szukaj wiadomości. Jeden strasznie
wymagający ziomek od ćwiczeń może Ci udupić cały rok. A niektóre wykłady są na
obecność, starszacy na pewno będą wiedzieć, które. A to zawsze piątka za
oddychanie i czytanie lektur na historię literatury, więc wiesz.
Czego się właściwie uczę? Historii literatury (na razie
staropolskiej i oświecenia), poetyki (z grubsza to bardziej skomplikowana nauka
o metaforach), łaciny, filozofii, nauki o współczesnym języku polskim, czyli
hardkorowej wersji nauki o słowach (fonetyki, słowotwórstwa, fonologii, to co w
gimbazie pomnożone razy tysiąc), nauki o tworzeniu słowników, czytania, pisania
i mówienia (tak, wszyscy się z tego nabijają – czytanie to u mnie interpretacja
tekstów, pisanie to poprawianie ortografii w pismach urzędowych, a mówienie to
ogólnie sztuka przemawiania publicznie i prowadzenia debat) i… dziwnej wersji
informatyki, nie mam pojęcia z jakiej paki. Dodatkowo można mieć historię,
historię kultury, naukę o teatrze, o kinie itd.
Poza tą jedną, wielką wadą, oraz dużym rozrzuceniem
wydziałów, nie narzekam na mój uniwerek. Wykładowcy są przeważnie sympatyczni i
konkretni. Biblioteka przeurocza i połączona z budynkiem, więc nawet nie trzeba
wychodzić na mróz. Jedzenie w bufecie sobie chwalę, chyba że nie lubicie bardzo
słonych zup, ale kalafiorową to z czystym sumieniem polecam. Da się jeść wegetariańsko,
wegańsko raczej trudniej. Kawę dają tanią i pijalną. Panie w szatni słuchają
fajnej, polskiej muzyki, nie żadne tam disco polo, i jest gdzie powiesić
kapelusz. Winda czasami spada, zatrzymuje się w połowie pięter albo wyczynia
inne cuda, ale to już nikogo nie dziwi. Straszny jest za to fakt, że wymawia
numery pięter hiperpoprawnie („pierwsze piĘtro”), co mnie irytuje niemożebnie.
Absolutnie największy, najwspanialszy plus mojej filologii,
to – UWAGA – sesja zimowa ciągła! To znaczy, że egzaminy z sesji zimowej możesz
zdawać przez cały semestr letni, dzięki czemu zmniejsza się prawdopodobieństwo
warunku i życie staje się piękne i mało stresujące, a kakałko smakuje jeszcze
lepiej niż zwykle.
A w Bibliotece Uniwersyteckiej jest śliczna, tradycyjna
czytelnia. Natomiast naprzeciwko jej ktoś mądrze umieścił tanią jadłodajnię z
makaronem. Jeżeli potrzebujesz poprzebywać w atmosferze młodej poznańskiej
inteligencji, to polecam tani makaron naprzeciwko biblioteki albo tanie
jedzenie na wagę koło Collegium Maius.
A jeżeli naprawdę
kusi Cię akurat filologia polska na UAM, to bez strachu pisz do mnie na maila.
Naprawdę, z uniwersytetem związane jest mnóstwo drobnych i
wielkich spraw – i tak będziesz musiał je ogarnąć, im szybciej, tym lepiej.
A dzisiaj Dzień Kobiet – wróciłam z łażenia po mieście i jem
mango w syropie, słuchając sobie Pidżamy Porno, co ogólnie wszystkim bardzo
polecam. Gdzieś za moimi plecami Poznań włóczy się od kawiarni do pubu, od pubu
do klubu, od klubu do burdelu, chichocze i śpiewa pijacko, rozbijając butelki
po wódce na podwórku mojego bloku. Gdzieś za moimi plecami moje książki leżą
rozłożone na łóżku koło ukulele i poduszek. Lubię tę świadomość miasta.
i bardzo zachęcam do
polajkowania, cobyście byli na bieżąco! Czasami wrzucam też coś dodatkowo,
muzykę, informacje o spektaklach… Same profity :D