![]() |
A tak wyglądały dwa wcześniejsze nagłówki! Byłam małym mistrzem painta. |
Słoneczko świeci, ptaszki srają na samochody, robaki
bezgłośnie biegają po kuchni a Hipis marzy o jesieni, czyli sezon letni w
najjaskrawszej pełni. Ludzie na wakacjach, studenci w robocie, komu by się
chciało czytać (i pisać) rzeczy ambitne. No dobra, sama sobie przeczę, bo w
wakacje nadrabiam ambitne filmy i książki potrzebne na studia. Ale ja też
potrzebuję trochę błogości intelektualnej, nie będę więc Czytelników przemęczać
i w wakacje serwuję teksty lekkie, wręcz typowo lifestylowe (a teksty
poważniejsze będą na Pourri, zapraszam!)
Ale do rzeczy, w zasadzie do tytułu.
To nie jest tak, że nie mam pamięci do dat. Mam świetną.
Chyba że chodzi o urodziny Basisty, tej nieszczęsnej daty nie jestem w stanie
przyswoić. Albo rok urodzenia mojego taty. Ale to szczególiki. O własnych
urodzinach pamiętałam doskonale, szczególnie że były dwudzieste, o urodzinach
bloga już mniej, bo były tylko czwarte. Lub AŻ czwarte.
I te dwudzieste, i te czwarte odrobinkę mnie przerażają, bo
obie dają mi jasno do zrozumienia – dziewczyno, minął już pewien dość spory jak
na życie człowieka i bloga czas, a ty…?
A ty czego dokonałaś?
I jeżeli chodzi o życie, i o blog, czuję poważny niedosyt
rzeczy niedokonanych, ale za to zupełną sytość rzeczy u s u n i ę t y c h.
Wolę niszczyć, niż tworzyć
Z blogiem startowałam, o czym zapewne już mało który
Czytelnik dzisiaj wie, jako dziecko kończące gimnazjum, ściślej w czerwcu 2013
roku. Cóż to były za początki, lepiej nie wspominać! Dzisiaj, trafiwszy na
swojego starego bloga, pewnie uciekłabym z przerażeniem. Co gorsza, sytuacja
taka trwała aż trzy lata, w czasie których pisałam mniej lub bardziej
wartościowe teksty, z naciskiem na „mniej”, nie ogarniałam estetyki, praw
autorskich, robienia zdjęć i przecinków. Przełomem okazało się trafienie na
bardziej popularne blogi ludzi, którzy robią to profesjonalni. Zmieniły one
moje podejście do blogowania, kontaktu z czytelnikiem, a zwłaszcza estetyki. I
rok temu, po napisaniu matury, usiadłam i zmieniłam wszystko. Nick, szatę
graficzną, usunęłam większość postów. Była to chyba totalnie najlepsza blogowa
decyzja. W ciągu tego roku zaczęłam też prowadzić fb blogowe oraz promować się
na stronach dla blogerów. Nie jestem jednak do tego przekonana – jak na razie
trafiam głównie na takie zamieszkałe przez słabe blogerki piszące o kosmetykach
i żebrzące o komentarze, a w takie akcje to ja się nie bawię. Z drugiej strony,
poznałam tak już dwa dobre blogi, więc są ciekawe duszyczki w tym bałaganie.
Brak drogi to też droga
Zaczynało się i nie myślało się o tym, że się zaczyna.
Podczas Wielkiego Przewrotu postanowiłam określić, co chcę pisać, ale patrząc z
perspektyw czasu widzę, że to bez sensu.
Po pierwsze, nie chcę się zamykać w jednej kategorii. Nie
będę pisać tylko o książkach, tylko o muzyce, tylko o malarstwie, tylko o
sztuce, bo żadne z tych zagadnień aż tak mnie nie interesuje.
Po drugie, jako ja-Hipis mam pewną pulę interesujących mnie
rzeczy i zapewniam, że poza nią nie wyjdę. Obojętnie jak modne jest pisanie o
pozytywnym myśleniu i sposobach, jak dobrze planować dzień, ja nie będę tworzyć
nic w tym rodzaju, bo jestem niepozytywna i niezaplanowana. Póki ja jestem mną,
Czytelnikom nie grozi poważna zmiana tematyki – myślę, że u innych blogerów też
to się sprawdza.
Jedynym moim postanowieniem jest to, że nie będę pisać dla
pieniędzy. Dlaczego? Nie potępiam tego, wręcz przeciwnie. Ale na razie nie
pracuję w żaden sposób zarobkowo, dlaczego miałabym więc zmieniać moje hobby w
pracę? Nie chcę pisać na siłę – jeszcze nie teraz. Za kilka lat, jeżeli zacznę
pisać w sposób zarobkowy, blog pewnie też nieco się zmieni. W końcu jestem
człowiekiem, który zamierza zarabiać piórem, a nie np. plecami. (Moje plecy nie
są tak fajne jak pióro). Z tego też powodu ignoruję SEO – po co mam ograniczać
naturalny styl pisania, skoro moim celem nadrzędnym nie jest przyciąganie
czytelników?
Na razie niech króluje anarchia!
Czego mnie blog nauczył?
Myślników. Justowania. Myślenia o tym, co piszę (czasami) i
kasowania rzeczy, których wcale nie powinnam pisać (czasami). Dużej pokory
wobec tego, co stworzyłam, i jego wad; łapania i utrzymywanie kontaktu z innymi
blogerami i czytelnikami. Był – i jest – moim nieobowiązkowym, ale nieco
kłującym sumienie wysiłkiem intelektualnym, którego nie można odwalić byle jak
(logika studenta – praca na studia może być na trzy, ale ta na bloga musi być
największym przejawem geniuszu ludzkiego od czasów Leonarda da Vinci). Nauczył mnie dawać korektę komuś, kto spojrzy
na tekst świeżym okiem, ogarniać html i programy do obróbki zdjęć. I oczywiście
robić zdjęcia. Czymże byłby ten blog bez graffity i muralów? Dzięki niemu mam
odruch fotografowania każdego fajnego malunku naściennego, który zobaczę, i
wysyłania w misje bojowe moich znajomych z innych miast.
Powinnam napisać coś standardowego o tym, że nauczyłam się
walczyć z hejterami i negatywnymi komentarzami, ale takich nie mam (jeżeli ktoś
chce zacząć pisanie ich to zapraszam); dalej powinno być coś o tym, jaka to
moja wspaniała pasja i jak daje mi chęci do życia, ale… nie. Chęci do życia to daje mi
ostrzenie noży, dotykanie ładnych książek i intensywne obcowanie ze sztuką. To,
co najbardziej lubię pisać, to prywatne zapiski i chaotyczne opowieści o
wszystkim (które nie nadają się do publikacji). Blog to wprawka. Dobra, lubiana
przeze mnie wprawka, ale pisanie go nie jest moją myślą przewodnią.
Może być ciężko, mogę pisać rzadko albo czuć, że nie mam nic
do powiedzenia, ale zamierzam pisać i mam nadzieję, że ten blog naprawdę przyda
mi się kiedyś w życiu – a może nawet ta dziecinna decyzja o założeniu go wrzuci
moje losy na inne tory. Nie planuje tego (nie lubię udawać, że mogę cokolwiek
planować), ale kto wie… Bądź co bądź, dziękuję Wam wszystkim, że poświęcacie trochę czasu na czytanie tego bloga. Już od tylu lat.