Taaaak,
to w końcu ten obiecany post o Toruniu! Wiecie, jak trudno jest opisywać dane
wydarzenie tygodnie po jego zakończeniu? Okropne, więcej tak nie robię, albo
piszę zaraz po powrocie albo w ogóle!
Teraz
posłuchajcie! Zaczęłam wszystko pisać naprawdę niedługo po powrocie, nie
zmieniałam więc czasu wydarzeń. Cofnijmy się w czasie...
...
Mój poprzedni weekend to była jakaś wyprawa do
obcej galaktyki normalnie.
Bohaterowie dramatu, jak stoi:
Legendarna
Garowa (LG)- studentka z
Torunia
Hipis- z grubsza to ja
Bukowina (Buka)- towarzyszka mej podróży
Toruń- wredne miasto godzinę jazdy pociągiem od
Bydgoszczy- wszędzie pełno tam pierniczków i studentów
Pidżama
Porno- epicki zespół i niech
ktoś spróbuje zaprzeczyć.
Poza tym tramwaje, pociągi, współlokatorki,
McDonalds, wredny metal z osiedla, Gagarin, gitary, karimaty, nocne koszmary i
wielu innych.
To chyba była sobota... Tak, to była sobota.
Nie wiem, czy ładna, nie miałam czasu się przyjrzeć. Tylko w książkach
bohaterowie zwracają uwagę na to, czy wiatr jest północno-zachodni czy
zachodnio-północny, normalni ludzie zauważają tylko śnieg, deszcz i wichurę.
Wszystko zaczęło się na stacji Bydgoszcz
Główna, skąd miałyśmy z Buką wyruszyć do Torunia Miasto i nawet to zrobiłyśmy,
chociaż z lekkim opóźnieniem, bo pociąg, którym chciałyśmy jechać, okazał się
jakimś ekspresem nie wiadomo dokąd, a jeżdżenie ekspresami to nie moja działka,
więc musiałyśmy czekać na kolejny, który był normalnym, czerwonym elfem. Elfy
są bardzo fajneeee i wygodne. Nawet kible mają miłe, chociaż skomplikowanie się
je otwiera.
Jechałyśmy rankiem późnym, właściwie południem,
wszędzie było szaro i brzydko. Bydgoszcz, fabryczna, ponura, pełna pogiętej
blachy i kruszących się cegieł, ciągnęła się za nami i ciągnęła. Z ulicy
wygląda ładniej- fabryki, zakłady i slumsy trzymają się z daleka od ulic, za to
blisko torów, bo myślą, że z nich nikt ich nie będzie podglądał. Wreszcie za
Fordonem minęłyśmy Wisłę i zatrzymałyśmy się na bardzo urokliwej stacyjne nazwy
mi nieznanej, koło której zaraz obok było jezioro. Wszędzie unosił się pewien specyficzny klimat późnej
jesieni.
Potem był las i bardzo smutny dworzec w Cierpicach, a potem zaraz
już Toruń Główny, który zaczyna się szybko i fajnie- składowiskiem starych
wraków pociągów, całych zamalowanych przez miejscowych chuliganów i artystów.
Potem pociąg przeskoczył przez most, dając
epicką panoramę na stare, czerwonoceglaste,
krzyżackie miasto. Zawsze chciałam mieszkać w jakimś średniowiecznym
mieście, takim jak Toruń czy Grudziądz. Średniowieczne mnie uspokaja. Wiem, nie
było spokojną epoką i powinnam się cieszyć, że się skończyło, ale było tak
dawno temu, że czuję, że nie nakłada na mnie żadnych zobowiązań. Było minęło i
koniec kropka. O drugą wojnę światową musimy nadal walczyć, choćby po to, żeby
obcokrajowe geniusze nie pisały o „polskich obozach śmierci”. O średniowiecze
nie trzeba już walczyć. Ono nic od nas nie chce. Lubię ten stan.
Dworzec jest zaraz za mostem. Wyskoczyłyśmy z
Buką trochę pijane nowym miejscem i podróżą i namierzyłyśmy przystanek
tramwajowy, a tam tramwaj o bardzo znaczącej nazwie przystanku końcowego
„Uniwersytet”. W Toruniu jest fajnie, bo bilety kupuje się w tramwaju, i można
kartą płatniczą. Szalenie wygodne. Słyszysz, Bydgoszcz?
Tramwaj ciągle gadał nam aforyzmy. Przy
pierwszym prawie umarłam ze strachu, nie jestem przyzwyczajona do tego, że
tramwaj próbuje ze mną rozmawiać.
Na Gagarina przechwyciła na LG i poprowadziła
tajemniczym labiryntem bloków do swojego wynajmowanego mieszkania. Szczerze
mówiąc, po drodze miałam ochotę zacząć rzucać za siebie kamyczki, bo tak
skomplikowanej trasy dawno nie widziałam, nie jestem wychowywana na
blokowiskach i lubię proste trasy z punktu A do punktu B...
Fajnie się mieszka ze studentami. Przez
większość czasu są cisi i spokojni, i tylko mruczą do siebie jakieś zaklęcia,
czytając podręczniki i stukając w laptopa; względnie słuchają muzyki. Czasami
zmagają się z problemem obiadu, w sobotę akurat to mnie ominęło, bo poszłyśmy do
Manekina. W Bydgoszczy nigdy nie byłam w Manekinie, bo żeby zdobyć wolne
miejsce trzeba chyba trzymać je cały dzień pod strażą, i to strażą uzbrojoną w
działa przeciwlotnicze. Ale naleśniki mają bardzo fajne.
Natomiast wieczorami studenci znikają. Nikt nie
jest do końca pewien gdzie, ale jest oznaczonych na mapie kilka miejsc, gdzie
można się na nich zaczaić.
Jeżeli chodzi o LG, a w sobotę też mnie z Buką,
to najłatwiej w Cybermachinie, prędzej czy później się tam pojawimy.
Prawdopodobnie po to, by pograć w Guitar Hero. Grałam pierwszy raz i przegrałam
z własną perkusistką (buuuu), ale było epicko. No i muszę wspomnieć, że raz
wygrałam z własną basistką. Na pewno się dobrze bawiłam, siedząc sobie i nucąc,
bujając się synchronicznie i zastanawiając, który palec to który.
Wielka zaleta Cyberka- napoje bezalkoholowe.
Prawdopodobnie jestem jedynym człowiekiem, który je zamawia, ale co tam. Nie
wiem, na ile trzeźwość pomaga mi w grach planszowych, ale wygrałam w gierkę dla
dzieci zwaną „Barykady”. Nie wiem, kto to dał dzieciom! Przecież to brutalna
gra! Masz tam czterech wojów (moi chyba byli wiedźminami, bo mieli białe włosy)
i idziesz po planszy. Po drodze ustawione są barykady i musisz dokładnie
wyrzucić tyle kostek, ile pól do nich, żeby je zniszczyć. Czyli musisz
wylądować dokładnie na barykadzie. Wtedy zniszczoną barykadę możesz przenieść
gdzie chcesz. Jeżeli wylądujesz tak na swoim przeciwniku, zabijasz go, i menda
wraca do punktu wyjścia. Wyobraźcie sobie teraz trzy dziewczyny, które z
premedytacją się mordują i blokują ciągle barykadami. A że oko za oko, to
właścicielka każdego zamordowanego woja krwawo mściła jego śmierć na woju tej
drugiej, a w tym czasie ta trzecia blokowała wszystkich murem barykad nie do
przejścia. Wspomnieć muszę, że gra narysowana była stylu, który przyprawiłby o czkawkę każdego
rysownika, a księżniczka siedząca w wieży była tylko trochę brzydsza od wiedźmy
i trochę mniej okrągła od różowego pączka z krótkimi blond włoskami. Wygląd
księżniczki oraz moja od początku wyraźnie zarysowana przewaga w grze
spowodowały nieuprzejme docinki w moją stronę, co tylko potwierdza, że jest to
gra powyżej 18 lat, i tylko dla osób o silnych nerwach, które pozwalają
powstrzymać chęć mordu.
Musiał być w okolicy jakiś konwent, bo po
Cyberku włóczyło się sporo bardzo dziwnych ludzi ubranych w pocięte mundury,
wysokie buty, fragmenty jakiś skór i ogólnie ciuchy jak po apokalipsie.
Wyglądali tak przekonująco, że człowiek zaczynał się bać wychodzić na dwór (i
wchodzić do kibla, tam było ich najwięcej).
Ponieważ jesteśmy stworzeniami, które szybko
się nudzą (a już na pewno ja nim jestem) po pewnym czasie podreptałyśmy dalej,
a ściślej- do Maca, jedynego miejsca w którym o tej porze serwują żarcie.
Niestety, inni ludzie też o tym wiedzą.
I wiecie co?
To chyba z tego Maca uciekali owi ludzie
postapokaliptyczni. Pięterko było mocno opuszczone i wyglądało nieco
dramatycznie. Aha, i w drzwiach do
toalety była bramka, jak w metrze, ale jak mi wcześniej powiedziano, zepsuta,
więc ku zdziwieniu siedzących obok facetów przechodziłam pod nią. Ktoś rzucił
za mną ironicznie „Tak też można”. Ale to ja miałam rację.
Z dotkniętego apokalipsą Maca przeniosłyśmy się
w miejsce, który w Toruniu powinien odwiedzić każdy miłośnik muzyki i fajnego
klimatu, czyli do baru „Muzyk”, mieszczącego się gdzieś w piwnicy (a
znajdziecie sobie... gdzieś niedaleko rynku... mniej więcej).
Urocze to miejsce słynie z swobodnych jam
session oraz niemycia kubków. Właściwie, sama jestem sobie winna, to jasne, że w
takim miejscu prosząc o kawę narażam się na szybkie wyproszenie albo wezwanie
straży miejskiej... (dlatego wysłałam z zamówieniem LG, ją tam znali i nie
aresztowali).
Los sprzyjał nam tamtego dnia, czy gwoli
ścisłości nocy, bo stałyśmy tylko kilka minutek i zwolniło się miejsce przy stoliku
(znaczy, desce na nóżce) tuż obok podwyższenia, na którym stały instrumenty.
Produkował się jakiś basista, perkusista i chyba gitarzysta, nie pomnę, tylko
basistę zapamiętałam, bo miał zabawną brodę.
Za owym podwyższeniem były tajemnicze drzwi z
napisem „backstage” oraz wielkim, wyciętym w drewnie sercem. To serce było
prawdziwą kropką nad i w wystroju całego pomieszczenia, o pomalowanych na
czerwono ścianach i z instrumentami wiszącymi na wszystkich powierzchniach
poziomych i pionowych.
Ale chyba rozumiecie, że najbardziej liczył się
fakt, że mogłyśmy popatrzeć i posłuchać, jak ktoś gra, i to na zasadzie
kompletnie luźnej- kto chce, bierze gitarę i gra, kto chce akompaniuje na
perce, a przyszły basista może dopiero idzie z tramwaju i jeszcze nic nie wie o
swoim przeznaczeniu. Moja hipisowska dusza czuła się wreszcie odpowiednio wolna
i swobodna i wszystko szalenie się jej podobało- ludzie mogli fałszować jak
przedszkolaki, walić w perkę jak orangutany i grać na gitarze chomikiem, a nie
kostką, a Hipis i tak siedziałaby z błogostanem na pysku...
Hmmy, nie wspominałam wcześniej, ale LG ma
pewną ciekawą przypadłość: gdy tylko zobaczy jakiś instrument natychmiast chce
na nim zagrać.
Gdy jest to instrument perkusyjny, potrzeba gry
wzrasta o jakieś 200% i zaczyna być niebezpieczna dla środowiska naturalnego.
A na pewno dla Hipisa, która chciała spędzić
ten wieczór spokojnie i czuła, że baaardzo dawno nie grała na gitarze, a na
pewno na tyle dawno, żeby nie próbować teraz dawać publicznych pokazów...
Ale nie, no co Wy, oczywiście, że nie udało mi
się obronić!
Powiem Wam tak- po takiej akcji, jaką było
granie w „Muzyku”, i to granie pod akordy „Hej przyjaciele”, bo niczego innego
nie mogłam sobie przypomnieć, matura to będzie cholera wypoczynek na Karaibach!
Relaks! Chwila wyciszenia! Kompletny brak nerwów!
...bo wszystkie moje nerwy umarły tej nocy...
Serio, teraz mnie to śmieszy, i nie żałuję
swojego przypływu odwagi, no bo to zawsze granie w Muzyku... I tak mnie tam
nikt nie znał! Ale wtedy myślałam że umrę, a wcześniej wypatroszę dziewczyny,
które mnie do tego namówiły... Pograłyśmy, jakiś gościu przyszedł pogadać,
wyraźnie zainteresowało go to, że same dziewczyny grają, coś tam znowu
pograłyśmy, ktoś się dosiadł i zaczął dogrywać na drugiej gitarze... Buka zaczęła
się na mnie gapić, więc zaniepokojona przerwałam i zapytałam, co się dzieje, no
i tak dziwnie skończyłyśmy nasz, hehe, popisowy występ, i poszłyśmy walnąć się
na chwiejny stolik. Dawno mi się tak dobrze nie siedziało, heh.
Potem grali jacyś faceci, tworzący jakiś
zespół, podobno często grający w Muzyku. Wokalista niesamowicie fałszował w
wysokich tonach i chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo z premedytacją ich
nadużywał... Leciały stare, rockowe kawałki. Jakieś dwie dziewczyny zaczęły
tańczyć. Jedna, bardzo chuda, rozpuściła włosy, naprawdę w życiu nie widziałam
by ktoś miał tak długie i tak gęste włosy. One wręcz żyły własnym życiem. Piwo
w rękach obydwu osobniczek też żyło własnym życiem, i to nad wyraz
ekspansywnie.
Wyszłyśmy chyba tylko dlatego, że goście nie
mogli się dogadać, co dalej grać, i stwierdziłyśmy, że teraz to już będzie
nudno. A zaraz miał jechać tramwaj.
Tramwaj- taki sam ja te bydgoskie- nieuprzejmie
przypomniał mi, kim jestem naprawdę, i że w tym naprawdę przeważnie nie ma
miejsca na włóczenie się po mieście do północy i granie po jakichś barach na
gitarze. Zły tramwaj. Za dużo jeździłam tramwajami do szkoły, teraz gdy
jakimkolwiek jadę odruchowo myślę o tym, czy nie spóźnię się na pociąg i co
kupić w Biedrze na śniadanie.
Jednak w tamtym konkretnym tramwaju nie miałam
za dużo możliwości na dywagacje, bo w zasadzie byłam senna.
Niee. Karimata nie rozumiała, co to znaczy
senność. Biorąc ją nie spodziewałam się, że jest aż tak cienka. Na co mi być
pulchną, jak i tak nic to nie pomaga na spanie na podłodze, ja się pytam?
Około drugiej w nocy obudził mnie element
współlokatorki, która powróciła z wojaży. Wtedy mogłam już zasnąć- wcześniej
ciągle miałam schizy, że na mnie nadepnie. Zasnęłam.
Śniło mi się, że jestem w jakiejś grze
komputerowej, a Rey i kumpel-basista próbują mnie zamordować. Niee, przecież to
logiczne, że dwójka przyjaciół z klasy chce cię na każdym kroku zamordować...
Obudziłyśmy się o jakiejś przyzwoicie późnej
godzinie, o której przeważnie moja mama zaczyna już wołać, żebym wstała, bo
umrę z głodu we śnie.
Budyń i banany to w gruncie rzeczy bardzo dobre
śniadanie. Na pewno nie da się zjeść go zbyt dużo, a można łazić na nim pół
dnia.
Popołudnie mijało leniwie aż do momentu, w
którym ruszyłyśmy z Buką szukać kościoła.
Zgubiłyśmy się.
Panie metalu, którego pytałyśmy, gdzie jest
ulica Gagarina- a niech cię zmutowany żuczek gnojarek zeżre- to była ulica
Broniewskiego, to co wskazałeś, zupełnie w odwrotnym kierunku! Przez tego
gościa nadrobiłyśmy z 20 minut marszu. A i bez tego do kościoła św. Józefa były
ze dwa kilometry. Wpadłyśmy do niego mokre jak szczury i na ostatnią chwilę.
Nieszczególnie ładna, wręcz niepokojąca
architektura. Nie podobał mi się. Mama twierdzi, że jak była w nim w ciąży ze
mną, to też nie byłam zachwycona (czyli-zachowywałam się tak nieuprzejmie, jak
tylko potrafi osoba nienarodzona...). Niektóre przekonania zostają na zawsze.
Hmmy, gdzieś po drodze były pierogi. Zjadłabym
sobie pieroga. Najlepiej ruskiego. Szkoda, że na święta trzeba robić te z
kapustą i grzybami, ruskie są lepsze. I mają uroczą nazwę.
No dooobrze, teraz mogę odnieść się już do
samego koncertu, doczekaliście się...
Dziwne i niecodzienne było to, że na koncert
szłyśmy z buta, ale LG mieszka jakieś 15 min drogi od Od Nowy, czyli klubu, w
którym tenże koncert się odbywał- i bardzo wiele innych. Od Nowa to nawet nazwa
przystanku tramwajowego obok, wyobrażacie sobie więc, że to duże i znane bydlę.
Obok jest, z tego co wiem, wydział teologii.
Ktoś, kto to tak ustawił miał poczucie humoru, stanowczo.
Koncert bez włóczenia się pociągiem i czekania
nie wiadomo jak długo? Cóż za nowość...
Nawet szatnia cywilizowana była. I bardzo duża
jak na klub sala. Stałyśmy i stałyśmy dość długo, oglądając sobie ludzi
dookoła, a groźne banery różnych poważnych instytucji patrzyły na nas ze
ściany. Przedział wiekowy był osobliwy- od licealistów i studentów po ludzi,
którzy mogliby być naszymi rodzicami. Zawsze jest kilku takich na koncertach,
ale tam było wyjątkowo dużo. Pidżama Porno obejmuje najwyraźniej kilka pokoleń.
Wszystkie trzy zgodziłyśmy się, że Grabaż mocno
się postarzał- przypominał mi mojego dziadka z czasów, gdy byłam malutka.
Naprawdę.
Ale głos miał taki sam, jaki pamiętamy ze
starych nagrań.
Jakie piosenki leciały... A żebym to ja
pamiętała! Zaczęli od jakiejś spokojniejszej. Tych spokojnych nigdy nie
pamiętam, sama słucham głównie te bardziej szalone.
Naśpiewałam się całkiem sporo, kawałki Pidżamy
Porno idealnie nadają się do śpiewania, nie są za trudne ani za bardzo
„rozciągnięte” na skali. Śpiewam altem, co jest zawsze kłopotem przy wszelakiej
muzyce. Alty są jak basiści- póki nie masz znajomej, która śpiewa altem, to ich
nigdy nie słyszysz w chórze. To tak na marginesie :D
Doczekałam się „Kotów kat ma oczy zielone”. Strasznie fajna
piosenka, pomijając jej sens ogólny, podoba mi się refren, jest taki
dramatyczno-dziwaczny.
Kotów
kat ma oczy zielone
Ja
pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje
dni mam już policzone
Czekam
aż świat zazieleni się na śmierć
Taka piosenka na złe wieczory i demoniczny nastrój. Kojarzy mi się nieco
z kumplem-mendą, który ma czasami zielone
oczy, ale to raczej niemiłe skojarzenie, bo zawsze gdy nie chcę powiedzieć, co
mnie gryzie, patrzy na mnie w sposób niesamowicie irytujący, i zaraz kojarzy mi
się z tym katem kotów, tylko w tym wypadku kotem jestem ja.
Co tam jeszcze leciało... Na pewno „Do nieba wzięci”, bo potem ta melodia nie mogła się od nas odczepić, jeszcze w nocy
perka z niej waliła mi się w głowie. Wielce uparcie.
W ogóle z moich ulubionych piosenek nie było
tylko „Balu u senatora”. Poza tym piękny wykaz wszystkich fajnych kawałków,
tych spokojniejszych i bardziej szalonych. W pogo nie szłam, gdybym sobie
zbębniła okulary byłby to mój ostatni koncert w tym roku. Moi rodzice by o to
zadbali.
Za to LG
pracowicie maczała włosy w piwie gościa, który stał za nią, czego oczywiście
nie zauważała... Ja tylko waliłam ludzi kieszenią za dużej kurtki pełną krówek.
Krówki na koncercie muszą być ^^
Nie zauważyłam nawet jak mi cały koncert
zleciał. Atmosfera był super, takie zupełne zapomnienie, którego szukam na
koncertach. Tak jakbyś nagle kazał czasowi się odwalić i przyjść później, bo ty
chcesz mieć święty spokój.
Chyba nie umiem opisywać koncertów- to trzeba
zobaczyć. Dziwnie patrzy się na swoją własną legendę. Tyle razy słuchałam ich
muzyki.
Tyle razy szłam do szkoły, słuchając
„Outsidera” a nawet nie wiedziałam, że to cover T.Love. Teraz usłyszałam ten
kawałek na żywo i zaraz stanęła mi przed oczami ulica Grunwaldzka, i
Wiatrakowa, i moja szkoła, i autobus 51, i takie inne schizy, które mocno łączą
się w moim umyśle z określoną muzyką. Na tyle mocno, że dzisiaj niektórych
kawałków nie mogę słuchać, nie znoszę ich i nie toleruję nawet z czekoladą.
Zastanawiam się, co robią w swoim życiu ludzie,
którzy nie chodzą na koncerty. Ja bym już nigdy nie chciała wrócić do czasów, w
których nie słuchałam muzyki na żywo.
Niestety stałyśmy na tyle daleko od sceny (za
to blisko wyjścia...) że nie widziałam raczej muzyków, nawet nie zwróciłam
uwagi na to, kto ma jaką gitarę. Szczególnie, że Pidżama to rodzaj zespołu, w
którym liczy się głównie wokalista (taki jest też Kult, Hey...). Drugi rodzaj
to ten, w którym ważny jest każdy muzyk (Kabanos, Pull The Wire), a gatunek
mieszany reprezentuje np. Hunter, bo z jednej strony wokal najbardziej zwraca
uwagę i jest rozpoznawalny, z drugiej strony, trudno nie kojarzyć ich basisty z
warkoczem (szczególnie jak się było na koncercie), a Jelonek, gdy z nimi gra,
jest gwiazdą samą w sobie.
Koncert się skończył i poczułam się jak w mojej
szkole- stworzyła się przepiękna kolejka do szatni, bowiem szatnia była na
numerki. LG wykorzystała koncert by starannie obliczyć, czy uda jej się kupić
koszulkę Pidżamy i nie głodować. Wyniki wyszły pozytywne, więc poleciała ów
ubiór zakupić (teraz rozumiecie już, czemu matura z matematyki jest
obowiązkowa).
Znowu dziwnie się wracało z koncertu na
piechotę, bez tego całego dzwonienia i przekonywania taty, żeby jednak
przyjechał i przywiózł wodę (ale nie w słoiku, tak jak ostatnio!). No tak,
woda. A w zasadzie mleko. Tak opiłam się zimnym mlekiem że potem przez tydzień
byłam chora. Ale wtedy jeszcze tego nie przewidywałam.
Zasnęłam późno i wyjątkowo nikt mnie nie
mordował. Poza perkusją z „Do nieba wzięci”. Trzeba było nie podśpiewywać tego
kawałka, idąc przez osiedle, może by się tak nie doczepił. Ale rozumiecie, nie
da się po koncercie nie śpiewać, obojętnie jak trzeźwy jesteś.
Rano, czy raczej o nieludzko porannej porze,
stałyśmy na zimnym przystanku, bo dzięki mojej matematyce stosowanej autobus spóźnił
się na nas. Pociąg był gorszy, bo my się na niego prawie spóźniłyśmy. Dworzec
Główny w Toruniu to jakaś tragedia, polecam jeździć z Toruń Miasto. Akurat TEN
peron, na którym stał nasz pociąg, nie był oznaczony. Wszystkie inne były. Co
im zrobił ten jeden biedny peronik (i biedni podróżni z Bydgoszczy)? Kasy
oczywiście zamknięte wszystkie poza jedną, kolejka zaczynała już stawać na
Uralu, kupiłyśmy więc bilety u konduktora (dwa razy drożej- nie polecam).
W Elfach są fajne siedzenie po dwóch stronach
drzwi wejściowych, takie składane. Siedziałyśmy na nich, naprzeciwko siebie z
Buką, jedząc wafle ryżowe i patrząc na czarny świat za szybami drzwi. Na
niektórych stacjach drzwi otwierały się, zimne powietrze wpadało do wnętrza
wraz z ludźmi i błyskawicznie nas budziło. Jeżdżenie pociągiem zawsze kojarzy
mi się z byciem w innym, równoległym świecie, który pędzi przez świat normalny.
Gdy otwierają się drzwi, ludzie ze świata alternatywnego mogą na chwilę zobaczyć,
prawie że poczuć rzeczywistość, która jednak natychmiast znika i ucieka.
Wschód słońca dorwał nas w Solcu Kujawskim.
Potem znowu zobaczyłyśmy owe jezioro koło peronu, i muszę przyznać, że te tafle
wody, odbijające obraz czarnych drzew i jaśniejszego nieco nieba, tworzące coś
w rodzaju złudzenia dwóch nieb, były jedną z piękniejszych rzeczy które
widziałam w życiu.
Wiecie, co było najlepsze? Przyjechałam do
Bydgoszczy prawie idealnie równo z pociągiem, którym zwykle dojeżdżam ze wsi do
szkoły.
I tak, naprawdę musiałam iść do szkoły, z
karimatą i brudnymi ciuchami w plecaku, a ludzie pytali się mnie, czy uciekłam
z domu.
Nie uciekłam. Uciekam tylko od czasu do czasu,
w końcu muszę wrócić i zapracować u rodziców na finansowanie moich kolejnych
wojaży.
Gdyby podliczyć, ile światów w czasie tej
podróży widziałam, światów realnych, alternatywnych, odbitych, studenckich,
miejskich, klubowych, postapokaliptycznych... Wyszłaby zabawna historia.
Hem, na razie musicie przebrnąć przez tę
historię. Chwała temu, kto to wszystko przeczyta! Niedługo chyba walnę opis
kolejnego wyjazdu, mam nadzieję że krótszy i szybszy :P
Pozdrawiam
Hipis