Lubię i
cenię sobie minimalizm, jeżeli chodzi o rzeczy materialne. Szczególnie w
trzeciej klasie liceum zaczęłam nagle na potęgę oglądać zdjęcia
minimalistycznych, jasnych mieszkań, czytać o tym jak fajnie jest mieć mało
ubrań, mało mebli, mało bibelotów, mało wszystkiego. Gdy zdałam sobie sprawę,
że będę musiała opuścić mój spokojny, dobrze ustawiony pokój, i zabrać ze sobą
na studia tylko jedną walizkę, wzięłam się za konkretne porządki.
Oczami
wyobraźni widziałam już, jak jadę pociągiem przewozów regionalnych do Gdańska,
ściskając w ręku jedynie pudełko po butach z płytami, gitarę i laptopa. Potem
przypomniałam sobie niestety, że mam też jakieś ubrania, chyba nawet trzy pary
butów, hełm z drugiej wojny światowej, kredki, globus, głośniki, radio,
breloczek w kształcie komórki bakteryjnej, piłkę, torbę wojskową, biżuterię z
gimnazjum, kolekcję figurek piesków, kamienie, przybory plastyczne, skrawki
materiałów, nici, igły i tak dalej, dalej i jeszcze dalej, za kilka kilometrów
powinno się skończyć.
Rozejrzałam
się po pokoju, powiedziałam „Cholera” i wywaliłam to wszystko w diabły,
kolokwialnie mówiąc.
Dzisiaj
wszystkie moje rzeczy tak zwane drobne zmieściłyby się w jednym kartonie.
Ubrania w drugim. Dopiero teraz czuję, że mieszkam w moim pokoju, a nie graciarni jakiejś
staruszki.
Mam też
bardzo mało ciuchów i w zasadzie prawie wszystkie są czarne. Gdy tylko jakiś mi
się znudzi/obrzydzi, ląduje u ubogich albo na vinted.pl. Jeżeli coś kupuję,
jest to przemyślane w 100% i idealnie praktyczne. Strasznie polecam Wam taki
sposób życia. Łatwiej się sprząta. O wiele łatwiej się spakować na wyjazd. O
wiele łatwiej uciec z domu w razie
pożaru. O wiele łatwiej rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
Jest
tylko jedna rzecz, której liczebność w moim pokoju non stop wzrasta, a nie
maleje. Jedna rzecz, której nie dotknęły porządki i kataklizmy.
Oczywiście
jest to kolekcja kamieni księgozbiór.
(Kolekcja
kamieni też. Kocham kamienie. Kiedyś mogę Wam je wszystkie pokazać^^)
Mieszkam
w domu o sześciu pokojach. Nie mówię tego, by się pochwalić burżujstwem
(wyobraźcie sobie ile to okien do mycia) ale by zwrócić uwagę na jeden drobny
szczegół- w każdym pokoju są książki. Dużo książek ( w moim powyżej dwustu).
Ba,
wielu z tych książek nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam (poradniki dla
działkowca, encyklopedie z zeszłego wieku, mnóstwo profesjonalnych książek o
historii, książka po niemiecku). Niektóre kupiłam sama i okazały się mega
nietrafione, albo dostałam jakieś szajsy dla gimbusów za konkursy.
Nie
zamierzam jednak wprowadzać w moim księgozbiorze żadnego minimalizmu. O nie,
chcę mieć mieszkanie o białych ścianach, ale zastawionych w każdym wolnym rogu
regałami z książkami.
Po
pierwsze, książki są kochane, pięknie wyglądają i ocieplają pomieszczenie. Po
drugie, można je czytać (no to chyba argument sam w sobie doskonały!)
Po
trzecie...
Nie
kupuję przecież książek tylko dla siebie! Każdy nowy tytuł to pułapka
zastawiona na potomnych. Książka, znaleziona gdzieś na strychu i przypadkiem
przeczytana przez młodą osóbkę o otwartym umyśle to najwredniejsza pułapka pod
słońcem. Otwarty umysł radośnie łapie każdą myśl, którą wyczyta. Jedna nasza
książka-pułapka może sprawić, że mała siostrzenica nie zostanie gwiazdą rocka,
tylko matematykiem.
Nie
uwierzycie, w ile pułapek książkowych już wpadłam podczas swojego krótkiego
życia. Musicie zdać sobie sprawę, że za fakt, że jestem dzisiaj Hipisem,
odpowiadają nie jacyś mentorzy, idole, siła wyższa czy gorsze i lepsze dni, a
kilka tysięcy porządnie zadrukowanych stron.
Jestem pewna, że gdybym w odpowiednim momencie życia zamiast zacząć
czytać i słuchać Jacka Kaczmarskiego, wzięła się za encyklopedię medyczną,
właśnie wpisywałabym się na studia medyczne. Gdybym w gimnazjum trafiła na
literaturę s-f może właśnie drżałabym o wyniki mojej matury z fizyki,
otwierającej mi drogę na politechnikę. Chodząc po spodniach czasu i historii
miałam mnóstwo nogawek, w które można wejść, ale wybór nie należał do końca do
mnie- kształtowany był przez to wszystko, co przeczytałam, zrozumiałam,
zainteresowałam się, poszukałam dalej- i wpadłam.
Teoretycznie
niektórzy ludzie w wyborach życiowych kierują się rozsądkiem. Nie spotkałam ich
wielu w swoim życiu. Gdy kończyłam gimnazjum wszyscy mówili, że najlepszym
kierunkiem w przyszłości będzie farmacja. Nie znam nikogo z mojego rocznika,
kto chciałby zostać farmaceutą, więc gdzie tu to kierowanie się rozsądkiem?
Polecam
Wam zastawiać pułapki książkowe na przyszłe pokolenia- nigdy nie wiadomo, co
zabawnego z tego wyniknie. Można też wziąć na cel samego siebie- temu służy mi
kupiony niedawno, zupełnie przypadkiem, przewodnik historyczny po kraju
Madziarów. Chciałabym tam kiedyś pojechać, a nic tak nie utwierdzi mnie w mojej
decyzji jak przeczytanie książki o tych wszystkich fajnych rzeczach, które
zobaczę jak ruszę tyłek z domu.
Więc...
jeżeli zobaczycie w pociągu do Gdańska dziewczynę wiozącą ze sobą pół
biblioteki to chodźcie pomóc, to pewnie będę ja.
A co u
mnie prywatnie? Zeszły tydzień minął pod znakiem spotkań towarzyskich, we
wtorek wielkie spotkanie w Cybermachinie, nocowanie u kumpla, bo nie opłacało
się iść na ostatni pociąg, potem od razu do pracy, natomiast w sobotę wypad do
Torunia na koncert Basisty, łażenie po pubach i takie rozrywki. W tym tygodniu
zamierzam żyć nieco spokojniej, bo mój introwertyzm dopomina się o porządną
dawkę samotności i seriali, a kolekcja książek „do przeczytania” rośnie w
zastraszającym tempie. Poza tym chyba za bardzo przejmuję się problemami moich
znajomych i ostatnio zrobiłam się kłębkiem nerwów. Wracam do życia gdy będzie
pełnia księżyca!
Pozdrawiam
Hipis